Grupa Facebook'owa "Dwie plus jeden"

Wszystkich zwolenników poligamii zapraszam do członkostwa w grupie "Dwie plus jeden" na Facebooku, której jestem założycielem i administratorem.

https://www.facebook.com/groups/dwiaplusjeden/




środa, 5 sierpnia 2015

"Jesteś mocny tylko w gębie" - mówią

Czytelnicy mojego bloga doskonale wiedzą, że nie kryję się z moimi poglądami na małżeństwo. Nie jest tak, że rozpisuję się na blogu anonimowo, a w życiu siedzę cicho jak mysz pod miotłą. Pamiętam rozmowę, podczas której zostałem zapytany: "Ciekawe, co by powiedziała Twoja żona na to wszystko?". Przypadkowo usłyszałem też kiedyś rozmowę moich znajomych na mój temat za moimi plecami (do czego jestem przyzwyczajony), w której padła sugestia, że moja żona pewnie nie wie nawet o tym, że mam bloga. Otóż, proszę Państwa, żona wie i o moich poglądach i o blogu, który czytuje. W przeciwieństwie do większości mężczyzn, których znam (a którzy stanowią pewną statystyczną pulę, więc mogę na podstawie ich zachowań wnioskować jacy są mężczyźni w ogóle), nie boję się mojej żony. Ona też nie boi się mnie - tak przy okazji. Oczywiście, drogi Panie, że powiesz: "Absurd. Przecież nie boję się mojej żony". Niby tak, bo nie kulisz się, jak podniesie na Ciebie rękę, ale nie o taki strach mi chodzi...

Czy nie jest tak, że kiedy jesteś wśród koleżanek z pracy, to bardzo łatwo przychodzi Ci żartowanie o "tych" sprawach, a kiedy jesteś w towarzystwie żony już jakoś trudniej? Czy nie jest tak, że kiedy jesteś z kumplami i widzicie atrakcyjną kobietę, to wymieniacie się spostrzeżeniami na jej temat, a kiedy jesteś w towarzystwie żony, to starasz się nawet nie patrzeć na inną kobietę, żeby nie było afery? Czy nie jest tak, że żartujesz z kumplami na różne "brzydkie" tematy, a w towarzystwie żony jesteś kulturalny i szarmancki i udajesz, że nawet nie śmieszą Cię wtedy tego typu żarty?

Widzisz... ja nie muszę zmieniać masek. Jestem sobą bez względu na to, czy żona jest obok mnie, czy jej obok mnie nie ma. Nikt w to nie wierzy, dopóki nie zobaczy, a później się wstydzi. Już wiele razy ktoś chciał mnie "sprawdzić". I sprawdził. I dowiedział się, że nie noszę masek. Dlaczego ludziom, a zwłaszcza mężczyznom, tak trudno jest uwierzyć, że z żoną można być szczerym?

Kobieto, jeśli to czytasz, to niech Tobie również da to co nieco do myślenia. Zdajesz sobie sprawę z tego, że Twój facet ogląda się za kobietami, tyle że robi to wtedy, kiedy Cię obok niego nie ma? Aha, uważasz, że Twój facet z całą pewnością tego nie robi. Wiesz, że większość kobiet, których faceci to robią, ma o nich takie zdanie jak Ty o swoim? Czemu Twój facet miałby być więc wyjątkiem?

Istnieje duże, dążące do 100%, prawdopodobieństwo, że Twój facet nie tylko ogląda się za innymi kobietami, ale wręcz o nich fantazjuje. Pójdziesz go zapytać, czy tak jest? I naprawdę myślisz, że Ci powie: "Tak, fantazjuję o innych kobietach"? Oczywiście, że powie Ci, że nie, bo się Ciebie boi. Nie boi się, że go uderzysz. Boi się Twojego gniewu, nadąsania, obrażania. Boi się, że odmówisz mu seksu. Tak, jeśli jeszcze tego nie wiesz, faceci się tego boją. Chociaż, jeśli się tego boją, to nie są faceci, tylko chłopcy.

Jeżeli naprawdę wierzysz, że Twój facet nie myśli o innych kobietach, to są dwa scenariusze: albo jest z Tobą jakiś miesiąc i rzeczywiście nie myśli o innych kobietach albo jesteś beznadziejnie naiwna.

Wszystkich krytyków moich poglądów serdecznie zachęcam do obiektywnego przyjrzenia się swoim własnym związkom, o ile je posiadacie.

niedziela, 24 maja 2015

Kredyt hipoteczny - najlepsze spoiwo współczesnego małżeństwa

Tytuł może, a właściwie to powinien, wyglądać szokująco. To nie jest z mojej strony zabieg, mający na celu przykucie Twojej uwagi, aby później napisać, jak bardzo nieprawdziwe jest to hasło. Przeciwnie, tak właśnie uważam. Z obserwacji wynika, że kredyt hipoteczny jest czymś, co powoduje, że wiele współczesnych małżeństw w ogóle jeszcze istnieje. Oczywiście chciałem również przykuć Twoją uwagę, aby podzielić się kilkoma spostrzeżeniami...

Jestem generalnie przeciwnikiem instytucjonalnego małżeństwa. Moim zdaniem, jeśli dwoje ludzi chce ze sobą dzielić życie, to nie potrzebują ani zgody ze strony państwa, ani błogosławieństwa księdza, pastora czy rabina. Po prostu. Niech zamieszkają razem. Jeśli chcą niech sproszą gości, ogłoszą się małżeństwem. Jeśli mają chęć, niech uroczyście coś tam sobie przysięgną. Potem niech żyją w zgodzie długo i szczęśliwie.

Dlaczego tak sprzeciwiam się zabieganiu o "papierek"? Po pierwsze, uważam że ani państwu ani kościołowi nic do tego. Przez kilka tysięcy lat ludzkiej cywilizacji jakoś nie było to uważane za konieczne, a jednak małżeństwa istniały i miały się dokładnie tak, jak dzisiaj, czyli jedne lepiej, a inne gorzej. Po drugie, jeśli nie ma "papierka", a ludzie z jakichś powodów dojdą do wniosku, że nie chce się im już dłużej być razem, to zabierają swoje "zabawki" i rozchodzą się w swoją stronę. Jest to oczywiście najczęściej bolesne doświadczenie, trauma, poczucie straty i porażki. Tak to w życiu już jest. Ale nie muszą chodzić do jakichś urzędników świeckich lub kościelnych i prosić się o pozwolenie na rozejście się. Dla mnie osobiście jest to żenujące, że dorośli ludzie muszą prosić o pozwolenie na rozwiązanie najbardziej intymnej sprawy, jaka tylko może być między ludźmi i potem albo w sądzie wywlekać wszystkie brudy i rozdrapywać rany przez obcymi ludźmi albo prosić o rozwód kościelny.

Rozwód kościelny - dla mnie jedna z najbardziej obłudnych praktyk kościoła (nie, nie jestem generalnie przeciwnikiem kościoła). Co to niby ma być? Mam znajomą, która po kilku latach małżeństwa się rozwiodła. Dostała od hierarchy kościoła dokument, który stwierdzał nieważność małżeństwa. Co takiego? Stwierdzenie nieważności małżeństwa? To znaczy, że co to było przez tyle lat? Konkubinat? Bez przesady. Instytucja "unieważnienia małżeństwa" istnieje chyba tylko po to, aby można było powiedzieć, że w Kościele Katolickim nie ma rozwodów. Ale de facto są to rozwody i chyba każdy rozsądny człowiek to widzi i nie trzeba mu tego tłumaczyć.

I kiedy głoszę takie poglądy jak powyżej, od razu jestem atakowany, zwłaszcza przez starszą część społeczeństwa. Pada argument, jakoby przysięga małżeńska była gwarantem nierozerwalności związku. Nic bardziej mylnego. Przecież widzimy, ile jest teraz rozwodów, a każda z tych par przysięgała sobie to i owo, nieprawdaż? Może kiedyś dane słowo miało jakieś znaczenie, ale dzisiaj z przykrością trzeba stwierdzić, że jest zupełnie inaczej. Poza tym, nie jestem pewien, czy to zdrowe dla wszystkich zaangażowanych stron, aby tkwić w toksycznym związku tylko dlatego, że dało się słowo. Najlepiej nie przyrzekać, a w zamian starać się pracować nad budowaniem i pielęgnowaniem związku, pamiętając że związek nie staje się wieczny i nierozerwalny, bo został zawarty w kościele lub Urzędzie Stanu Cywilnego pod przysięgą, a raczej dlatego że nad nim pilnie pracujemy w najprzyjemniejszym ze wszystkich trudów.

Znam różne pary: małżeństwa i tzw. związki nieformalne. Nie zauważyłem związku pomiędzy szczęściem danej pary a posiadaniem przez nią odpowiedniego dokumentu. Ale generalnie wolę związki nieformalne. Dlaczego? Bo często związek formalny to przerost formy nad treścią. Ludzie mieszkali ze sobą kilka lat przed ślubem, byli zadowoleni, szczęśliwi, zgodni. I fajnie. I nagle stają się w magiczny sposób mężem i żoną. Tak jakby wcześniej nimi nie byli. Dziwi mnie to zabobonne podejście do ślubu. I nagle świecą wszem i wobec swoimi obrączkami. Nie mówią już "mój Tomek", "moja Kasia", tylko "mój mąż", "moja żona". Przybierają poważniejsze miny. Nabierają poważniejszych zachowań. Zaczynają się traktować trochę inaczej, również poważniej. Chociaż obiektywnie patrząc de facto nie zmieniło się nic, poza tym, że zdobyli dokument.

Pomimo zmian obyczajowych, większego wydawałoby się oświecenia, ludzie ciągle kultywują stare, anachroniczne tradycje małżeńskie. Patrzą na to, co się dzieje dookoła i nie wyciągają wniosków. Żadnych właściwie.

To co po ślubie? Bierzemy kredyt na mieszkanie, bo trzeba być na swoim, co nie? Przy okazji przypominam, że mieszkanie, które kupiłeś na kredyt nie jest Twoje. Miej to na uwadze. Moje jest to, za co uregulowałem należności. W każdym razie, trzeba mieć mieszkanie. I szanowni państwo biorą kredyt, wprowadzają się do domu/mieszkania, meblują, upiększają, szał zakupów, itd. Mija kilka lat i okazuje się, że dociera do nich prawda: moje małżeństwo to tylko fikcja, już dawno go nie ma, nie kochamy się.

Szok. Niedowierzanie. Płacz. Kilka prób naprawy spełzło na niczym. I ta myśl uporczywa myśl - może by to wszystko skończyć, dać sobie spokój, rozstać się możliwie bez wielkich obrażeń. I zaczynasz wizualizować, jak to zrobić. Bam! Macie kredyt hipoteczny! A Ty tak się przyzwyczaiłeś/-łaś do tego mieszkania... do kupionych na kredyt wygód... Widzisz oczami wyobraźni, ile trzeba by zachodu, kłótni, rozpraw sądowych, administracyjnych zabiegów, żeby się jakoś podzielić zobowiązaniami wobec banku. Poza tym, jeśli jesteś Polakiem o średnich zarobkach, to wiesz, że ciężko będzie samemu finansowo podołać przeciwnościom życia. I co robisz? Zaciskasz zęby i tkwisz w więzieniu, które sam sobie zgotowałeś. Znam kilkoro ludzi, którzy tak właśnie skończyli.

I tak oto kredyt hipoteczny wygrywa w plebiscycie na najlepsze, bo nierozerwalne, spoiwo małżeństwa...

wtorek, 30 grudnia 2014

Zasada minimum energii potencjalnej

Wiem, tytuł wpisu brzmi, jakby nie pasował do tematyki tego bloga. Powstaje pytanie: Co ma fizyka do nauki o poligamii? Ano ma i za chwilę postaram się to wyjaśnić.

Jestem przekonany, że zasady występujące w przyrodzie, a takie fizyka przecież opisuje, są dobrymi, jeśli nie doskonałymi czasami, analogiami do życia społeczeństwa. Jako ludzie jesteśmy częścią Natury i podlegamy jej prawom. Nie możemy zakładać, że jesteśmy czymś ponad Naturę. Tak, jesteśmy doskonałymi jej tworami, ale wciąż stanowimy jej nieodłączną część.

O czym mówi zasada minimum energii potencjalnej?

Zasada minimum energii potencjalnej - zasada, zgodnie z którą układy fizyczne w przyrodzie dążą do osiągnięcia stanu o minimalnej energii potencjalnej. Chodzi tu o osiągnięcie minimum lokalnego, nie zaś globalnego.Zasada minimum energii potencjalnej jest wyznacznikiem kierunku procesów zachodzących w układach fizycznych. Zgodnie z nią dowolny układ będzie zmniejszał swoją energię potencjalną zawsze, gdy tylko będzie to możliwe, tzn. gdy będzie miał możliwość oddania nadmiaru energii oraz gdy nie będą na niego działały zbyt duże zakłócenia, uniemożliwiające ten proces.Zgodnie z zasadą minimum energii potencjalnej kamień stacza się w dół, a nie toczy się pod górkę, gdyż tylko w pierwszym przypadku zmniejsza on swoją energię potencjalną.
źródło: Wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_minimum_energii_potencjalnej

Co wynika z tej zasady? A to mianowicie, że natura nie lubi pozostawać w stanie, w którym energia jest sztucznie duża. Prościej mówiąc, naturalne jest dla kamienia rzecznego, aby leżeć w wodzie i jeśli go stamtąd wyjmiemy, będzie robił wszystko, co w jego mocy, aby z powrotem leżeć w wodzie albo upaść na ziemię. Będzie czekał, aż go upuścimy, a wtedy sam wróci na miejsce, czyli do poziomu gleby :) Oczywiście mówimy tutaj żartobliwie. Podsumowując: natura nie lubi sztucznych zmian, naprężeń, etc. Będzie dążyła do zminimalizowania energii.

Odnieśmy teraz tę zasadę do tematyki poligamicznej. Od zarania dziejów mężczyzna był poligamiczny. Jest to dla niego stan naturalny. Facet miał wiele partnerek i to był jeden z czynników, które złożyły się na to, że "wygraliśmy" ewolucyjnie i jesteśmy panującym gatunkiem. Gdyby mężczyzna był monogamiczny i miał tylko jedną partnerkę to z dużym prawdopodobieństwem zostalibyśmy zdziesiątkowani i byśmy zwyczajnie wyginęli. Powiesz: "Ale dzisiaj już nie musimy walczyć o przeżycie". Zgoda. Pełna zgoda. Jednak ewolucyjne prawa nie przestały działać. Ewolucja to rozwój. Wcześniej musieliśmy przeżyć. Teraz naszym obowiązkiem jest rozwijać się, budować cywilizację, stawiać czoła zupełnie nowym wyzwaniom. A do tego potrzeba jest, aby rodziły się nowe jednostki, aby wychowywały się w najbliższym ideału Natury środowisku. Społeczeństwo poligamiczne stwarza takie warunki. Więcej na ten temat powiem w powstającym wpisie: "Poligamia a ewolucja".

Tymczasem wróćmy do tematu zasady minimum energii... Nie potrafię zrozumieć dlaczego człowiekowi XXI wieku, wykształconemu, myślącemu, trzeba wciąż na nowo udowadniać, że mężczyźni są poligamiczni, a kobiety nie. Wystarczy obserwować świat jak najbardziej obiektywnie, jak to tylko możliwe i wniosek wydaje się oczywisty. Pewnie, zawsze znajdzie się jakiś odsetek poligamicznych kobiet i jakiś odsetek monogamicznych mężczyzn, ale fakt istnienia takich jednostek jest jedynie tzw. "wyjątkiem potwierdzającym regułę". Trzeba to udowadniać wyłącznie dlatego, że monogamia została nam niejako wstrzyknięta do mózgu w procesie wychowania. Dlatego nie potrafimy jej oceniać krytycznie, ponieważ przedstawiono nam jako "jedynie słuszny" model rodziny.

Monogamia mężczyzny jest stosunkowo nowym wynalazkiem. Studiując historię poligamii zauważyłem, że "przymusowa" (i słowo przymus jest tu kluczowe) monogamia wyszła na świat z Rzymu. I tam też była ona jedynie hipokryzją. Facet mógł mieć mianowicie tylko jedną prawną żonę, ale każdy wiedział, że ma on kilka innych partnerek, tyle że w ukryciu. Następnie ideę przymusowej monogamii przejął wczesny kościół katolicki (tak katolicki, bo na przykład kościół chrześcijański na Bliskim Wschodzie uznawał poligamię). Tzw. Ojcowie Kościoła rozwinęli przymusową monogamię, poligamię określili mianem jednego z najgorszych grzechów. Dziwne, że żyjemy w zgodzie z nauką tych ludzi, bo ci sami ludzie określali kobietę jako źródło wszelkiej niegodziwości, konieczne zło w świecie mężczyzn... Potem nastąpił okres chrystianizacji w stylu "ogniem i mieczem", gdzie naukę kościoła w tym naukę o przymusowej monogamii, narzucało się wszystkim naokoło. Potem nastąpiła reformacja, która nie rozwiązała problemu, choć sam Marcin Luter wypowiadał się raczej pochlebnie o poligamii. W miarę upływu czasu udało się wykorzenić z Europy wiele średniowiecznych zabobonów, ale w jakiś tajemniczy sposób przymus monogamii pozostał.

Przymus... Tak, monogamia mężczyzny, jest czymś, co powoduje "skrępowanie" natury, narzuca na naszą płeć więzy. Odnosząc się do zasady minimum energii potencjalnej, narzucanie monogamii jest sztucznym zwiększaniem energii, a jak wiemy, naturalnym stanem jest energetyczne minimum. Zgodnie z tą zasadą "dowolny układ będzie zmniejszał swoją energię potencjalną zawsze, gdy tylko będzie to możliwe". Tak, kiedy to tylko możliwe, w ukryciu czy jawnie, mężczyzna będzie dążył do wyrwania się z więzów tej niedorzecznej nauki. Dlatego tak kwitnie prostytucja, źródło tragedii wielu kobiet, dlatego mężczyźni zdradzają. Nie usprawiedliwiam ich, bynajmniej. Ale tak, jak nauka o celibacie doprowadziła wielu księży do pedofilii, tak narzucona monogamia rodzi również swoje gorzkie owoce. Z naturą nie wygrasz!

Pokrzepiające jest dla mnie to, że żyjemy w coraz bardziej liberalnych czasach, w których podnosi się debatę na tematy, które do tej pory stanowiły tabu, wliczając w to poligamię. Zasada minimum energii potencjalnej stoi po stronie nauki o poligamii. Wystarczy jedynie zasiać ziarno zwątpienia w ideę monogamii, zainspirować zainteresowanie poligamią, a mężczyźni sami w końcu wrócą do naturalnej dla siebie poligamii.

poniedziałek, 15 września 2014

Współżycie seksualne - tabu

Pogląd na seksualność w kulturze Zachodu bardzo się zmienia ostatnimi laty. Na szczęście wszystko zmierza w kierunku liberalizacji. Jeśli chodzi o 'te' sprawy poglądy przechodzą płynnie od purytańskich do tych zgodnych z naturą.
W naszych umysłach wciąż pozostaje piętno nauki Kościoła dotyczącej tzw. czystości seksualnej. Uczono nas, już kiedy byliśmy mali, że ludzkie narządy rozrodcze należą do zupełnie odrębnej kategorii niż reszta ciała. Mówiono, że to narządy wstydliwe, musimy je ukrywać, nie mogliśmy sie nimi bawić. Tak byliśmy kształtowani - właściwie każdy z nas. Kiedy dorastaliśmy 'te' sprawy stawały się coraz większym tabu. W prawie każdej rodzinie (a możemy śmiało tak założyć) rodzice nie rozmawiali z nami otwarcie o ludzkiej seksualności. A jeśli rozmawiali to widzieliśmy na ich twarzach zażenowanie. Ja miałem takie szczęście, że ojciec odpowiadał mi dojrzale na każde postawione przeze mnie pytanie. Ale większość nie miała tego szczęścia.
Myślicie, że dlaczego kiedy pojawiły się lekcje wychowania seksualnego, wszyscy się głupio śmiali, a nauczycielka opowiadała o tym z głupią miną? I my i ona czuliśmy zażenowanie.
Potem zrozumieliśmy, że to, co się 'tam' znajduje, może dostarczać niemało przyjemności. Nauczyliśmy się instynktownie 'to' obsługiwać. I czuliśmy się potem źle. Czytałem kiedyś artykuł, a byłem wtedy dorastającym chłopcem, że to złe uczucie wynika z tego, że zabawianie się 'tym' jest szkodliwe. Potem zrozumiałem, że czułem się źle, ponieważ wmawiano mi odkąd bylem mały, że to jest złe i tak wytresowano moją psychikę. Kiedy pojąłem, ze nie jest to złe, czerpałem z tego przyjemność pełnymi garściami. Spójrzmy na nazwy: masturbacja, onanizm, samogwałt. Takich nazw używano, kiedy z nami rozmawiano. Pierwsza jest twarda, ciężka, źle brzmi. Druga przywodzi na myśl biblijnego Onana i ma sugerować, że kiedy będziemy to robić, spotka nas cos naprawdę złego. Nazwa 'samogwałt' jest najbardziej niesamowita. Sugeruje bowiem, że gwałcisz samego siebie. Co za absurd! Jeśli  tego właśnie chcę, to nie jest to żaden gwałt! Ja wybieram, stosuję i popularyzuję określenie SAMOZADOWOLENIE. Zadowalam się i robię to sam. Proste. Nie czynię sobie krzywdy, nie robię niczego złego, sprawiam sobie przyjemność tak jak najbardziej lubię.
Potem przyszedł okres, kiedy zaczęliśmy intensywnie interesować się płcią przeciwną. Pamiętamy te dyskoteki szkolne, kiedy chcieliśmy zatańczyć 'wolnego' z koleżanką/kolegą, do których zaczęliśmy czuć sympatię. Chcieliśmy ją/jego dotknąć, przytulić, a może nawet pocałować.
Ale ciągle nam powtarzano, że jestesmy na to za mali. Jejku, przecież nikt nie chciał wtedy uprawiać seksu. Teraz głośno myślę, niczego nie sugerując... Skoro byliśmy za mali, to czemu były w nas takie pragnienia? Może właśnie nie byliśmy za mali?
Teraz sobie przypomnijmy, kiedy zaczęliśmy myśleć o seksie? Ja byłem w pierwszej klasie liceum. Miałem piękną dziewczynę. Wtedy właśnie tego zapragnąłem. Wczesniej oczywiście o tym fantazjowałem, ale wtedy zacząłem myśleć o zrobieniu tego. I oczywiście, zdaniem 'dorosłych' na to też byłem za młody. Skoro tak, to zapytam jeszcze raz: jeśli bylem za młody, to czemu tego chciałem?
Te zakazy wynikają z założenia, że impulsy naszego ciała są złe i należy je poskramiać. To przekonanie jest niedorzeczne. To może kiedy chce mi się siku, to też mam to poskramiać? Kiedy jestem głodny też? A nie jest bardziej rozsądnym myśleć, ze skoro w ciele pojawiają się pewne pragnienia, to znaczy że jesteśmy gotowi na ich urzeczywistnienie? Dla mnie to bardzo logiczne. Z poskramiania biologii rodzą się dewiacje i doskonale to widać na przykładzie celibatyków.
'Seks tylko po ślubie ' - tego nas uczyli ci, z których wielu tkwi w związkach, które nie dają im spełnienia. Z wieloma przedstawicielami pokolenia naszych rodziców rozmawiałem szczerze i przyznali się, że sami nie byli posłuszni radom, które dawali nam. To dlaczego nam udzielali takich rad? Czy to nie obłuda z ich strony?
A dlaczego niby mam czekać z seksem do czasu aż odbędzie się jakaś archaiczna ceremonia zwana ślubem? Czy są jakieś argumenty przemawiające za tym, oprócz religijnych? Otóż... nie ma... Proste. Nakaz oczekiwania z seksem do ślubu został wymyślony przez ludzi pełnych kompleksów seksualnych, ludzi którzy generalnie nie lubili kobiet, uważali je za przyczynę wszelkiego zła i dlatego odradzali jakichkolwiek zbliżeń z nimi. A my jesteśmy ślepo posłuszni tym ludziom. Hołdujemy zasadom, które są sprzeczne z nakazem natury i w rzeczywistości nam szkodzą i niszczą nas.
Moralność średniowiecznego chrześcijaństwa, chcemy tego czy nie, steruje naszymi zachowaniami. Jest wyryta głęboko w naszych umysłach. Musimy się od niej uwolnić dla dobra swojego i innych ludzi.
Dla większości ludzi seks jest wciąż czymś 'niegrzecznym'. To jest efekt wspomnianego powyżej średniowiecznego myślenia. Słyszeliście na pewno, kiedy ktoś mówił o 'swintuszeniu'. A co jest w seksie takiego złego, że się go tak nazywa? Człowiek, który wśród dorosłych mówi o seksie często jest nazywany zboczonym. Oczywiście są pewne granice dobrego smaku, jednak rozmowa o seksie wśród dorosłych ludzi nie powinna nikogo wprawiać w stan zażenowania.
Niektórzy się oburzają na to, że oglądam erotykę. No i co? Ci, co się oburzają też oglądają. Nawet najbardziej pobożnemu chrześcijaninowi się zdarza. Tylko że taki, w przeciwieństwie do mnie czuje się winny, co nie przeszkadza mu oczywiście zrobić tego ponownie. On żyje w zaprzeczeniu wobec siebie i świata, ja żyję w wolności. Ja nie muszę się jak szczur z tym ukrywać, nawet przed bliskimi. I czuję  się z tym dobrze.
Tacy chrześcijanie mówią: 'Ja mam żonę i ona mi wystarcza'. Skoro Ci wystarcza to po co wchodzisz na erotyczne strony? Może Ci jednak nie wystarcza, tylko nie potrafisz się do tego przyznać z obawy przede wszystkim przed nią?
Fantazjujesz o seksie. A umiesz powiedzieć o tych fantazjach partnerowi? Wiele osób nie umie i dlatego w ich lózku jest nudno, mechanicznie i beznadziejnie. A dlaczego nie możesz powiedzieć partnerowi czy partnerce o swoich najskrytszych fantazjach? Czemu zadowalasz się sam/sama puszczając wodze fantazji, a nie umiesz o tych fantazjach powiedzieć osobie, która określasz mianem bliskiej?
Natura tak nas stworzyła, że przeciętny mężczyzna ma kilkukrotnie większe libido niż przeciętna kobieta. Stąd znane nam historie o kobietach, których boli głowa, kiedy mężczyzna pragnie się z nią kochać. I co ma zrobić mężczyzna, kiedy ma ochotę a kobieta ciągle odmawia? Wspomniana średniowiecza mądrość nakazywałaby mężczyźnie poskromić swoje żądze? A ja pytam, dlaczego niby miałby je poskramiać? Natura mu ją dała, a darów się nie odrzuca. Nie należy kobiety zmuszać do seksu, bo to też jest sprzeczne z naturą. A dlaczego nie zrobić tak, że mężczyzna zwiąże się z dwiema kobietami o libido dwukrotnie mniejszym niż on? To jest sytuacja idealna. Nikt nikogo nie musiałby zmuszać, nikt nie musiałby się ograniczać, a trzeba powiedziec, ze harmonia w zyciu seksualnym gwarantuje harmonię psychiki i ciała. A myślicie, że skąd się bierze nerwowość w rodzinach?
Powiesz: "Wreszcie się przyznałeś, że w tej całej poligamii chodzi o seks". Pisałem już na tym blogu, że to oskarżenie jest bezpodstawne. Ale zapytam. A w monogamii to nie chodzi o seks? Czemu nie zostaliście ze swoim mężem przyjaciółmi? Też moglibyście razem mieszkać. O pociąg seksualny byście się nie martwili, bo przecież nie chodzi w związku o seks. Moglibyście chodzić na spacery, spędzać romantyczne wieczory, gotować razem. Prawda jest taka, ze głównym powodem tego, ze nie pozostaliście przyjaciółmi, a staliście się parą, jest bez dwóch zdań właśnie ten brzydki i niedobry seks. Spełnienie w sferze seksualnej jest bardzo ważną rzeczą  w życiu człowieka.
Ja nie ukrywam nigdzie i przed nikim, że chciałbym mieć drugą partnerkę. Każdy facet by chciał, ale panicznie boi się powiedzieć. Sprawdziłem już kilku kolegów. W prywatnej rozmowie mówili, że chcieliby miec dwie partnerki, a kiedy zapytałem o to w obecności ich dotychczasowych partnerek mówili cos zupełnie przeciwnego. Boją się swoich kobiet, nie są z nimi szczerzy. Ale w naszym społeczeństwie obłuda i zdrada jest dopuszczalna, ale poligamia nie jest...
Nie zachęcam do pełnej swobody seksualnej. Piszę to, bo za chwilę mi to ktoś zarzuci. Stwierdzam tylko, że należy zrewidować swoje podejście do seksu. Spójrzmy wreszcie na współżycie seksualne kobiety i mężczyzny jako na coś dobrego, świętego, coś czym należy się cieszyć, coś czego nie trzeba się wstydzić. Cieszmy się tą rozkoszą. Pozbądźmy się uprzedzeń. Zerwijmy więzy sprzeczne z naturą i cieszmy się tym ważnym darem w zyciu...

czwartek, 11 września 2014

Związki poligamiczne w Polsce są faktem

Ilekroć rozmawiam z kimś na temat związków mnogich, czyli poligamicznych (a zdarza mi się to niezwykle często, choć nie prowokuję takich rozmów), spotykam się z pewnym stereotypowym przekonaniem, jakoby zjawisko to dotyczyło wyłącznie zamierzchłej przeszłości lub też jakiś sekt i islamu. Ludziom się wydaje, że nas Polaków poligamia nie dotyczy. Założenie to jest błędne.
Poligamia w Polsce jest faktem i staje się coraz bardziej popularna.
Weźmy na przykład tego bloga. Kiedy go zakładałem, wydawało mi się, że będzie to raczej rodzaj dziennika, w którym będę utrwalał swoje przemyślenia. Przez pewien czas rzeczywiście tak było. Jednak po pewnym czasie zauważyłem przyrost na liczniku odwiedzin. Sprawdziłem, skąd pochodzą wejścia. Okazało się, że następują przekierowania z forum, gdzie stworzono specjalnie mi poświęcony wątek, gdzie zawzięcie ostrzegano przede mną i ideami, które głoszę. Tak więc wchodzili tutaj ludzie, którzy z poligamią się nie zgadzają. Cieszę się, że zdecydowali się tutaj zajrzeć. Inne odwiedziny pochodziły z innych moich blogów. Jednak jest też mnóstwo osób, które trafiają tutaj, ponieważ po prostu wyszukują informacji na temat związków mnogich! A takich osób jest tutaj naprawdę sporo.
Ludzie w Polsce coraz częściej wyszukują informacji na temat poligamii w internecie. Tematowi temu poświęca się coraz więcej miejsca na łamach różnych stron internetowych (i mam tu oczywiście na myśli polskie strony). W telewizji TLC jest emitowany program zatytułowany "Moich pięć żon". Przedstawia on codzienne życie Brady'ego Williamsa i jego rodziny, składającej się z pięciu żon i dwóch tuzinów dzieci. Temat staje się coraz bardziej popularny i z tego się bardzo cieszę. Czy zgadzamy się z czymś czy nie, jeśli chcemy być uczciwi, powinniśmy przyjrzeć się zagadnieniu, zbadać je, a dopiero później zająć się jego oceną.
Skąd wzięło się zainteresowanie poligamią? Przyczyn jest pewnie wiele. Wydaje się, że ludzi ciągnie do nowych tematów, a zwłaszcza tych, które jeszcze niedawno stanowiły tabu. W ogóle ostatnio obserwujemy renesans wolnej myśli. Innym, myślę, że istotniejszym powodem jest fakt, że przymusowa monogamia jest czymś nienaturalnym, więc ludzie instynktownie dążą do uwolnienia się od tego przymusu i chcą podświadomie znaleźć się w związku zgodnym z ich prawdziwą naturą.
W Polsce nie tylko pisze się o poligamii artykuły, emituje programy telewizyjne, nie tylko się o niej rozmawia... w Polsce się poligamię praktykuje!
Tak, dokładnie to chciałem napisać. W Polsce żyje wiele osób, które żyją na co dzień w relacjach poligamicznych. I nie mam na myśli Mormonów (bo ci, którzy są w Polsce nie uznają poligamii), nie mam na myśli obcokrajowców czy imigrantów. Mam na
myśli Polki i Polaków, z którymi chodzimy do pracy, których spotykamy na ulicy, w sklepie - tych zwykłych ludzi, których mijamy w tłumie, a bardzo możliwe, że znamy osobiście.
Szokujące stwierdzenie? Pomyślisz: "Co też ten facet plecie? Nigdy nie słyszałem o nikim takim, ani nikt kogo znam nie słyszał". Po pierwsze, fakt, że z jakimś zjawiskiem nie spotkałeś się ani Ty ani Twoi znajomi, nie stanowi dowodu na niewystępowanie tego zjawiska. Po drugie, możesz znać kogoś żyjącego w poligamii, nie mając bladego pojęcia, że istotnie on czy ona jest w takim związku.
Znalem trzy takie triady w Polsce. Pisząc "triada" mam po prostu na myśli związek jednego mężczyzny i dwóch kobiet. Z jedną z tych triad mam sporadyczny, luźny kontakt. W każdym z tych trzech przypadków ludzie Ci ukrywali swój związek. Tak więc ich znajomi myśleli, że są to monogamiczni ludzie. Chodzili z nimi do pracy, na zakupy, na przejażdżkę rowerem, spotykali ich w autobusie, kawiarni, dyskotece... i nie mieli pojęcia, że oto jest przy nich poligamista. Oczywiście ludzie z tych triad mieli zaufanych przyjaciół, którzy wiedzieli, ale tylko oni. Reszta otoczenia pozostawała w nieświadomości.
Może się nasunąć pytanie, czemu Ci ludzie ukrywali swój związek? A jak Ty byś zareagował lub zareagowała? Czy utrzymywałbyś wciąż relacje z taką osobą? Czy relacje by się rozluźniły? Czy odczuwałbyś niesmak lub może niechęć? A jeśli byłby to ktoś z Twojej rodziny? Jak byś to przyjął? Jeśli zareagowałbyś ze zrozumieniem i nadal szanowałbyś taką osobę, to chwała Ci za to, ale wiedz, że taka postawa jak Twoja to rzadkość... Dla większości byłby to powód do wyrażenia niechęci, wywołania skandalu, rozprzestrzeniania krzywdzących plotek. To właśnie z powodu takich relacji ze strony ludzi, osoby poligamiczne wolą trzymać swoje związki w tajemnicy. Chcą kochać i być kochanymi, chcą cieszyć się swoim związkiem. Nie chcą słuchać złośliwych uwag, cierpieć ostracyzmu.
Tego bloga redaguję miedzy innymi w nadziei na zmianę myślenia niektórych ludzi. Nie oczekuję, choć miło by było, że wszyscy ludzie zgodzą się z poligamią. Cieszyć się będę, kiedy ludzie zaczną szanować innych i ich wybory - również jeśli chodzi o związki.
Pamiętajmy, poligamiści są wśród nas, również w Polsce...

























































wtorek, 5 sierpnia 2014

Zachęcam do komentowania wpisów i kontaktu z Autorem

Ten blog dziennie odwiedza bardzo wiele osób. Statystyki pozwalają mi śledzić, czego szukacie, jakie tematy Was interesują, czego chcielibyście się dowiedzieć. To bardzo cieszy każdego autora, kiedy wie, że nie pisze w próżnię, ale widzi zainteresowanie tematem. Bardzo Wam dziękuję za odwiedzanie bloga i czytanie tego, co mam do przekazania.

Kilka osób zdecydowało się zostawić swoje komentarze pod wpisami, za co jestem wdzięczny. Były jednak komentarze, których nie opublikowałem, ponieważ były obraźliwe, niedojrzałe, nic nie wnoszące - po prostu złośliwe i cyniczne. Nie chcąc, aby sytuacje takie się powtórzyły, zdecydowałem się tak ustawić funkcję komentarzy, aby mogły je umieszczać jedynie osoby posiadające konto Google/Gmail. To być może się zmieni, ale póki co niech tak zostanie.

Wiem, że tę stronę odwiedza wiele osób poważnie zainteresowanych tematem. Są to zapewne zarówno kobiety jak i mężczyźni. Jeżeli chcecie porozmawiać, w nagłówku strony zostawiłem swój numer GaduGadu.  Rozmawiam już z dwiema osobami, które skontaktowały się ze mną w ten sposób i są to bardzo ciekawe rozmowy.

Zapraszam do rozmów.

pozdrawiam,
Paweł Szulik

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

"Tutaj chodzi jedynie o seks"

Takie słowa słyszę prawie od razu, kiedy zaczyna się rozmowa o poligamii. Pada oskarżenie, że w tym wszystkim chodzi wyłącznie o to, aby facet mógł "zaspokajać się" z większą ilością partnerek.

Człowiek, który o seksie mówi jako o "zaspakajaniu się" powinien się najpierw zastanowić sam nad sobą. Jeżeli myślisz o seksie w tych kategoriach, to nigdy nie "kochałeś się" tylko "kopulowałeś". Seks między ludźmi to nie jest zwykłe "zaspokajanie się" - jest to narzędzie zjednoczenia się dwojga ludzi, dawania sobie siebie.

W przypadku większości mężczyzn, którzy nie żyją w poligamii, wydaje się to dobry pomysł i jeśliby udało im się stworzyć taki związek, to pewnie byłoby to motywowane jedynie seksem. "Możesz sypiać z więcej niż jedną kobietą regularnie. Fajnie nie?" (mówię to z przekąsem). Jeżeli jesteś mężczyzną i myślisz, że poligamia na tym polega, to nic nie rozumiesz. Uwierz na słowo, wiem o czym mówię...

Jeśli natomiast jesteś kobietą i wydaje Ci się, że w poligamii chodzi tylko o seks... Po pierwsze, jeśli tym ludziom chodzi tylko o seks, to co Ci do tego. Jeśli te kobiety zgadzają się na taki związek, to może po prostu im to odpowiada? Pomyślałaś o tym? Ja nie popieram zawierania związków poligamicznych wyłącznie dla seksu, ale pragnę podkreślić, że nawet jeśli chodzi tylko o seks, to niech wolni ludzie decydują za siebie.

Mój znajomy Joe Darger, którego można było zobaczyć w jednym z odcinków show pt. "Sisterwives", powiedział kiedyś podczas telewizyjnego wywiadu (szło to mniej więcej tak): "Jeśli chodziłoby mi o seks, to niech mi pani uwierzy, są na to tańsze i łatwiejsze sposoby". Celnie!

Pochylmy się chwilę nad tymi oto słowami mężczyzny, który ma trzy żony i wie, o czym mówi, nieprawdaż? Poligamia to nie jest taka prosta sprawa, jak by się wszystkim wydawało. Związek jednego mężczyzny i jednej kobiety jest wystarczająco skomplikowany. A co ze związkiem jednego mężczyzny i dwóch kobiet? A co jeśli mężczyzna ma trzy żony?? Rozumiesz? Jeśli trwałby w tym tylko dla seksu, to byłby najgłupszym facetem na ziemi. Jeśli chciałbym seksu, miałbym go bez potrzeby wiązania się z kimkolwiek. Ludzie robią takie rzeczy. Dorośli czytają tego bloga, więc powiem, że istnieją dyskoteki, gdzie seks jest łatwo dostępny, kluby swingerskie, agencje towarzyskie (wymieniając od najtańszych do najdroższych). Prosta sprawa, naprawdę.

Argument "tu chodzi tylko o seks" podnoszą ludzie którzy: nie mają wyobraźni i nie potrafią zrozumieć, jakiej dojrzałości wymaga życie w poligamii; ludzie, którzy w ogóle nigdy nie tworzyli nawet monogamicznej rodziny i nie znają trudów życia w rodzinie; ludzie którzy podchodzą do związków w sposób dziecinny i starają się dokonać projekcji takiego myślenia na innych ludzi.

sobota, 19 lipca 2014

poligamia ≠ harem

Co do poligamii rozpowszechniło się sporo błędnych przekonań. Na przykład ciągle spotykam się z tym, że poligamia jest utożsamiana z haremem. Mnóstwo ludzi myśli, że związek poligamiczny to po prostu harem. Poligamia jest jakoś dziwnie utożsamiana z Arabami, wśród Arabów istniały haremy i dlatego dla wielu ludzi każdy związek poligamiczny jest haremem.

To nie tak. Poligamia to, jak sama nazwa wskazuje, związek małżeński (trochę o moim pojmowaniu instytucji małżeństwa przeczytasz tutaj). W poligamii mężczyznę i jego kobiety wiąże wzajemna relacja emocjonalna, przywiązanie, wspólny budżet, wspólne życie, wspólne problemy, wspólne ich rozwiązywanie. Harem nie jest małżeństwem. Harem jest strukturą społeczną, w której mężczyzna skupia w swoich rękach bardzo wiele kobiet, a ma je jedynie po to, aby czerpać z nich seksualną uciechę i płodzić dzieci. Kobiety te są niewolnicami, nie mają prawa odejść z haremu, choć mogą zostać z niego wyrzucone.

Akceptuję i popieram ideę poligamii, lecz odrzucam całkowicie ideę haremu. Obca jest mi idea władzy mężczyzny nad kobietą, tak samo jak władzy kobiety nad mężczyzną. Mężczyzna nie ma prawa wykorzystywać kobiet, kobieta nie ma prawa wykorzystywać mężczyzn. Odrzucam wszelką strukturę społeczną, w której kobieta traktowana jest jako dobytek mężczyzny, część jego inwentarza. Harem jest właśnie czymś takim. Wywołuje we mnie niesmak myśl o tym, że jakikolwiek mężczyzna może kolekcjonować kobiety, po to aby podbudowywać swoje ego czy pozycję społeczną.

Wbrew rozpowszechnionym błędnym przekonaniom na temat poligamii, istnieją takie związki jednego mężczyzny i wielu kobiet, w których nie ma miejsca "pranie mózgu", przymus fizyczny czy psychiczny, niewolnictwo, poniżanie, itd. Walczę o to, aby poligamia nie była kojarzona z tymi rzeczami. Jeżeli ktoś uważa, że poligamia jest źródłem perwersji, nadużyć, przemocy, itd., to niech sobie poszuka w pamięci i przypomni, czy nie zna czasami monogamicznych małżeństw, w których dochodzi do stosowania przemocy wobec żony i dzieci, oszustw, patologii, seksualnych zboczeń... Każdy z nas zna takie monogamiczne małżeństwa. Dalej uważasz, że to poligamia jest winna patologiom w rodzinie?

Wierzę w możliwość istnienia zdrowych relacji w obrębie poligamicznego związku. Tak jak w monogamii, zależy to wszystko od ludzi w dany związek zaangażowany - ich dojrzałości, osobowości, podejścia do związku. Nie zatem poligamia nie kojarzy się nam automatycznie z ideą haremu.

niedziela, 29 czerwca 2014

Dlaczego uważasz, że poligamia to coś złego?

No właśnie - dlaczego?

Jestem osobą, które interesuje się wieloma bardzo kontrowersyjnymi tematami, więc byłem świadkiem lub nawet uczestnikiem wielu dyskusji i debat na takie właśnie budzące gwałtowne emocje zagadnienia. Wysłuchiwałem opinii innych ludzi na te tematy.

Pierwsze, co zaobserwowałem, to fakt, że większość ludzi powtarza dokładnie te same argumenty. Ktoś może powiedzieć, że jest tak dlatego, że są to dobre argumenty i ludzie je powtarzają, aby przenieść ciężar racji na swoją stronę. Otóż nie, w toku dyskusji wiele z tych argumentów jest błyskawicznie obalane, jako niesłuszne, niekonsekwentne i nielogiczne. Czemu więc ludzi je wciąż powtarzają?

Jak powiedział Artur Schopenhauer w swoim słynnym dziele "Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów" (polecam każdemu):

Doprawdy, nie ma tak absurdalnego poglądu, którego by ludzie nie przyjęli jako własny, o ile tylko potrafi im się wmówić, że pogląd ten został przyjęty przez ogół. Przykład tak działa na ich myślenie, jak na ich czyny.
 oraz
Powszechność jakiegoś poglądu nie jest, poważnie mówiąc, żadnym dowodem, nie daje nawet prawdopodobieństwa słuszności.
Do tych cytatów można dołożyć bardzo trafne zdanie, które gdzieś przeczytałem, brzmiące mniej więcej tak: "Ludzie z braku własnych poglądów sięgają po cudze". Nie wiem, kto to powiedział, ale z treścią tych słów całkowicie się zgadzam.

Pochylmy się przez chwilę, nad Twoją, drogi Czytelniku, postawą wobec poligamii czy w ogóle związku innego niż "jedna kobieta i jeden mężczyzna". Piszę do tych, którzy się z żadną inną strukturą związku nie potrafią zgodzić.

No więc jak? Poligamia jest zła, tak? A dlaczego, jeśli mogę zapytać? Nie wiem, co Ty myślisz, ale mogę podać kilka argumentów, które usłyszałem na początku rozmów o poligamii. "A co, dobra jest poligamia?". "Taaaa, jasne! Akurat!". "Nie ma mowy, żebym tak żyła". I wiele wiele innych. Kiedyś na moim blogu pojawił się wpis o treści: "Obrzydliwe!". I tyle. Czy miało mnie to przekonać? Zauważyłeś, drogi Czytelniku, jakiś wątek wspólny w powyższych wypowiedziach? Tu nie ma nic merytorycznego. Zwycięża z góry powzięte założenie, że "poligamia jest zła i tyle" i rozmówca tak kieruje dyskusję, jakby bronił swój umysł przed jakąkolwiek inną opcją.

To nie jest uczciwe podejście. Człowiek powinien być zawsze gotowy, żeby się uczyć. Fakt, że wyznajemy jakiś pogląd od wielu lat wcale nie oznacza, że jest to słuszny pogląd. Powinniśmy umieć wysłuchać drugiej strony, otworzyć się na jej rację, rozważyć jej argumenty i dopiero wtedy przyjąć je lub odrzucić. Ktoś kiedyś powiedział, że jedni ludzie słuchają po to, aby zrozumieć, a inni po to, aby aby zaraz odrzucić to, co zostało powiedziane. Jest wiele prawdy w tych prostych słowach. Jakim Ty jesteś słuchaczem? Czy słuchasz z grzeczności i tylko po to, aby potem zalać rozmówcę swoimi racjami? Jeśli tak, to nie przewiduję, że jesteś światłym człowiekiem. Światli ludzie to tacy, jak sama nazwa wskazuje, którzy żyją w świetle prawdy.

Ludzie którzy żyją w ciemności i ignorancji, z natury rzeczy będą bać się światła. Człowiek, który siedzi w lochu, zaraz po wyjściu na światło zasłania oczy. Tak samo jest z ludźmi, którzy tkwią w fałszu - zamykają oni oczy na prawdę, bronią się przed nią z całych sił.

Tak więc uważasz, że poligamia to zło, tak? Jeszcze raz zapytam: "Dlaczego tak uważasz?". I nie chcę słyszeć ogólników. Nie chcę słyszeć wyświechtanych sloganów. Pragnę, abyś Drogi Czytelniku, zbadał ten temat, poznał argumenty zwolenników poligamii, przeczytał tego bloga, przetrawił to w swoim sercu, sformułował swoje argumenty i dopiero wtedy zaczął dyskutować. Wtedy dyskusja ma sens, wtedy jest twórcza i produktywna. Nie możesz pozwolić sobie na ignorancję. Ona jest destruktywna. Nie można uczyć się do pewnego momentu, zgromadzić jakiś zapas przekonań, a potem zatrzymać się w miejscu. Jeśli tak zrobisz, staniesz się intelektualnie ograniczonym człowiekiem. Wiele przemknie obok Ciebie i nawet tego nie zauważysz. Dlaczego? Bo przymrużasz oczy, zamykasz je na cokolwiek nowego.

Otwórz swój umysł i serce. Takie działanie wzbogaci Twoje życie.

niedziela, 9 marca 2014

O znanym poligamicznym matematyku

Na początku tego wpisu polecam gorąco książkę autorstwa profesora Michio Kaku pod tytułem "Hiperprzestrzeń. Wszechświaty równoległe, pętle czasowe i dziesiąty wymiar".
Kiedy zobaczyłem tę książkę w bibliotece, pomyślałem: "Muszę, po prostu muszę ją przeczytać". Wypożyczyłem i zacząłem od razu lekturę... Książka napisana przez profesora fizyki teoretycznej. Opisuje to, co w tytule. Autor zajmuje się badaniem wyższych wymiarów, równoległych wszechświatów, tuneli czasoprzestrzennych. Możesz się śmiać, ale to nie jest jakaś tajemna alchemia, tylko normalna dziedzina fizyki teoretycznej i matematyki.

Chłonę ją strona za stroną. I co? I dziwne rzeczy się dzieją w mojej głowie. Przestrzeń się zakrzywia... Profesor Kaku w bardzo przystępny sposób, przy użyciu prostego języka, objaśnia zawiłości badań nad hiperprzestrzenią.

Jako że nie jest to blog o matematyce (która oczywiście jest niezwykle interesującą dziedziną), a o poligamii, to powiem, jaka podczas lektury spotkała mnie niespodzianka. Jak już mówiłem, książka mówi o poważnych badaniach jeszcze bardziej poważnych fizykach (np. Albert Einstein).
I co? I bardzo duży wkład w te badania miał BIGAMISTA, syn POLIGAMISTY Charles Howard Hinton - genialny matematyk, twórca maszyny do baseballu, twórca sześcianów Hintona, prześladowany tylko za to, że miał dwie żony.

Zacytuję mały fragment wspomnianej książki:
"W końcu idee czwartego wymiaru przekroczyły Atlantyk i znalazły się w Ameryce. Ich gorącym propagatorem była barwna postać świata matematyki - Charles Howard Hinton. Podczas gdy Albert Einstein trudził się przy biurku w szwajcarskim urzędzie patentowym, odkrywając w 1905 roku prawa względności, Hinton pracował w urzędzie patentowym Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Chociaż prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. ich drogi przecięły się na kilka ciekawych sposobów.

Przez całe swe dorosłe życie Hinton miał obsesję popularyzowania i ukazywania czwartego wymiaru; przejdzie do historii nauki jako człowiek, który "zobaczył" czwarty wymiar.

Hinton był synem Jamesa Hintona, znanego chirurga o liberalnych poglądach. Z biegiem lat charyzmatyczny, starszy Hinton stał się filozofem religijnym, elokwentnym adwokatem wolnej miłości i jawnej poligamii... [...]

Wydawało się, że jego syn Charles będzie prowadził godne, nudne życie matematyka. Nie fascynowało go wielożeństwo, lecz - wieloboki! Po ukończeniu Oksfordu w 1877 roku został szanowanym nauczycielem w szkole u Uppingham, starając się jednocześnie o uzyskanie stopnia naukowego z matematyki. W Oksfordzie zaintrygowały Hintona próby zobrazowania czwartego wymiaru. Jako matematyk wiedział, że nie można sobie wyobrazić czterowymiarowych obiektów w całości. Sądził jednak, że jest możliwe przedstawienie przekroju lub "rozwinięcia" czterowymiarowego obiektu.

Hinton publikował swoje pomysły w popularnej prasie. Napisał głośny artykuł "Czym jest czwarty wymiar?" dla "Dublin University Magazine" i "Cheltenham Ladies' College Magazine", wydrukowany ponownie w 1884 roku z chwytliwym podtytułem "Dlaczego duchy istnieją".

Wygodne życie Hintona na posadzie nauczyciela akademickiego przybrało jednak zły obrót w 1885 roku, kiedy aresztowano go za bigamię i wytoczono mu proces. Wcześniej Hinton ożenił się z Mary Everest Boole, córką jednego ze współwyznawców jego ojca, wdową po wielkim matematyku George'u Boolu (twórcy algebry Boole'a). Był jednak również ojcem bliźniaków pewnej Maude Weldon.

Dyrektor szkoły w Uppingham, widząc Hintona w towarzystwie żony Mary i kochanki Maude, sądził, że Maude jest jego siostrą. Wszystko dobrze się układało aż do momentu, gdy Hinton popełnił błąd, żeniąc się również z Maude. Gdy dyrektor dowiedział się, że Hinton jest bigamistą, wywołał skandal. Hintona wyrzucono z pracy i wytoczono mu proces. Uwięziono go na trzy dni, ale Mary Hinton odmówiła złożenia skargi i razem wyjechali z Anglii do Stanów Zjednoczonych.

Hinton znalazł zatrudnienie jako nauczyciel na Wydziale Matematyki na Uniwersytecie w Princeton, gdzie na chwilę opuściła go obsesja na temat czwartego wymiaru, wynalazł bowiem maszynę do baseballu [...]

Hinton został w końcu wyrzucony z Princeton, ale zdołał otrzymać pracę w Obserwatorium Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych dzięki poparciu jego dyrektora, oddanego sprawie czwartego wymiaru. Następnie w 1902 roku podjął pracę w urzędzie patentowym w Waszyngtonie"

Michio Kaku "Hiperprzestrzeń" (wyd. Prószyński i S-ka)



Ten urywek przedstawia w postaci szkicu życie Charlesa Howarda Hintona. Znam mnóstwo ludzi, którym "poligamista" kojarzy się mafiosem otoczonym kobietami; lub z jakimś aktorem lub innym przedstawicielem showbiznesu, który romansuje z kilkoma kobietami jednocześnie; lub przywódcą jakiejś fanatycznej sekty religijnej. A tutaj Mamy pana Charlesa Hintona - człowieka zakochanego w wielobokach i wielowymiarowości przestrzeni, więc nie dziwi fakt, że wielożeństwo również nie było mu obce. Oczywiście pozwoliłem sobie na mały żart. Ale fakt pozostaje faktem, że poligamii raczej nie kojarzy się z zamyślonymi matematykami. A jednak tak się stało i podejrzewam, że gdyby zbadać życiorysy innych matematyków, to okazałoby się, że pan Hinton nie był odosobnionym przypadkiem.

To pokazuje, że poligamia nie funkcjonuje jedynie w stereotypowych grupach społecznych. Ona funkcjonuje wszędzie. Problem polega na tym, że jest to w naszej kulturze temat tabu. Związki poligamiczne pozostają w ukryciu. Często mamy pana, który ma żonę i kochankę i oczywiście jedna o istnieniu drugiej nie ma zielonego pojęcia. To oczywiście nie jest klasyczna poligamia, bo poligamia nie zezwala na oszustwo. Inne przypadki to takie, gdzie kobiety o sobie wiedzą, ale społeczeństwo nie wie o istnieniu związki ich obu z jednym mężczyzną. I tak dalej, i tym podobne.

Hinton był bardzo dobrym pracownikiem uniwersyteckim. Był uzdolniony i pracowity. Ale został wyrzucony nie z powodu niekompetencji bądź lenistwa, a z powodu życia w dwiema kobietami jednocześnie. Ale mi zbrodnia! Wprost przerażający jest fakt, że mężczyzna żyje z dwiema kobietami, za ich pełną zgodą oczywiście, i wszystkim się to podoba i są zadowoleni. Było to dla pana dyrektora tak przerażające, że zwolnił Hiltona z pracy. To pokazuje, że być dyrektorem placówki oświatowej (czyli takiej, która oświeca człowieka), nie oznacza mieć oświecony i otwarty umysł.

Ojciec Charlesa Hintona - pan James, był otwarcie poligamistą. To również bardzo ciekawa postać. Był znanym i cenionym chirurgiem i lecz także charyzmatycznym teologiem i adwokatem jawnej poligamii. Ta postać również wymyka się ze stereotypu poligamisty.

Drogi czytelniku, jak widzisz poligamia to nie temat, którym interesują się wyłącznie zakompleksieni, obleśni panowie. Ona "dotknęła" bardzo poważnych, znanych i szanowanych osobistości kultury, nauki, polityki, filozofii i religii.