Grupa Facebook'owa "Dwie plus jeden"

Wszystkich zwolenników poligamii zapraszam do członkostwa w grupie "Dwie plus jeden" na Facebooku, której jestem założycielem i administratorem.

https://www.facebook.com/groups/dwiaplusjeden/




środa, 12 grudnia 2012

Czy jesteś escort girl?

Tak zwana escort girl to po prostu dziewczyna do towarzystwa. Aby się z nią spotkać należy znaleźć jej numer w odpowiednim miejscu i zadzwonić. Panowie robią to z różnych powodów. Jedni chcą się spotkać na seks. Inni potrzebują pięknej kobiety, aby pójść z nią na ważne spotkanie. Inni potrzebują escort girl do zrealizowania jednego i drugiego celu. Za takie usługi trzeba zapłacić i jeśli jest to profesjonalna escort girl, trzeba zapłacić dużo pieniędzy.

Jednak niektórzy panowie okazują się tak przedsiębiorczy, że mają escort girl prawie na każde zawołanie i to zupełnie za darmo. Jak to możliwe?

To się robi tak:

Poznajesz miłą, ładną i koniecznie zdesperowaną kobietę. Przez "zdesperowaną" rozumiem taką, która jest samotna i potrzebuje chłopaka, dzięki któremu przy okazji pozna innych ciekawych ludzi i będzie mogła się zabawić. Kiedy się już z nią "zwiążesz" (celowo ująłem w cudzysłów, bo to nie jest prawdziwy związek), spotykasz się z nią tylko wtedy, kiedy tego potrzebujesz. Najczęściej jest to w piątkowy i sobotni wieczór, bo wtedy są imprezy i potrzebujesz jej, żeby pokazać ją znajomym. Musi być wyjątkowo ładna, bo wtedy wyjdziesz na większego macho. Potrzebujesz jej też po to, aby dobrze się zabawić po imprezie. Dobry seks nie jest zły, nieprawdaż? Po wszystkim wracasz do siebie do domu. Tak, do siebie do domu, ponieważ nie możecie mieszkać razem - to jest przecież tylko darmowa escort girl, a nie Twoja partnerka. Jeżeli bardzo chcesz i nie masz ochoty wracać do domu bezpośrednio po imprezie, możesz zostać u niej na noc i dobrze się wyspać. Twoja escort girl zrobi Ci jeszcze dobre śniadanie i wtedy możesz wracać do siebie. Powiedz jej ładnie do widzenia i widzisz ją przy okazji następnej imprezy.

Dobrze, dość tej ironii. Przechodzimy do nagiej prawdy...

Czy jesteś escort girl? Tak, Ciebie pytam, droga pani. I nie chodzi mi o to, czy pracujesz w jakiejś agencji. Chodzi mi o to, czy jesteś z rodzaju darmowych escort girl, o których pisałem paragraf wyżej. Jesteś? Ciężko powiedzieć? Pomogę.

Czy desperacko boisz się samotności? Czy Twój chłopak widuje się z Tobą prawie wyłącznie przy okazji imprezy z jego znajomymi? Czy bywa u Ciebie prawie wyłącznie w weekendy? Jeżeli odpowiedziałaś "tak" na te pytania, to prawie na pewno jesteś darmową escort girl. Czy Twój chłopak żywo interesuje się Twoim życiem? Czy troszczy się o Ciebie? Czy możesz na niego liczyć, kiedy jest Ci ciężko i potrzebujesz się komuś wyżalić? Czy możesz do niego zadzwonić w każdej chwili i liczyć na to, że spotka się z Tobą tylko dlatego, że go po prostu potrzebujesz? Jeżeli na te pytania odpowiedziałaś "nie", to na 100% jesteś jego osobistą, darmową dziewczyną do towarzystwa.

Jeżeli tak jest, to czas się ocknąć. Czas zakończyć tę farsę. Jeżeli on się tak zachowuje już dłuższy czas, to należy uciąć tę znajomość. On się nie zmieni w stosunku do Ciebie. Ty będziesz próbowała poczekać na to, aż on Cię naprawdę pokocha, ale tak nie będzie. Nie masz co na to liczyć. Zerwij tę znajomość. Nie możesz dawać się w ten sposób traktować.

Masz prawo do prawdziwego związku. Masz prawo, żeby facet Cię kochał i szanował. Masz prawo do tego, żeby był przy Tobie, kiedy go potrzebujesz. Masz prawo liczyć na jego pomoc. Masz prawo do traktowania Cię jak wyjątkowej, cennej, cudownej osoby, którą z pewnością jesteś. Masz prawo być tak samo ważna dla niego, jak on jest dla Ciebie. Jeżeli ktoś nie daje Ci tego prawa, to nie jest Ciebie wart i tyle.


niedziela, 9 grudnia 2012

Miłość romantyczna


Mój blog staje się coraz bardziej popularny. Ludzie szukają już fraz: "paweł szulik blog", "paweł szulik chrześcijaństwo", itd. To cieszy!

Tematem dzisiejszego rozważania jest romantyczna miłość. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu oglądał komedię romantyczną. Ja oglądam je bardzo często, bo są przyjemne, łatwe i... naiwne. Coś życiowego ogląda się trudniej, a naiwne komedie romantyczne ogląda się jak dziecinne kreskówki.

Dlaczego używam określenia "naiwne"? Bo stanowią odbicie marzeń o miłości młodych, niedoświadczonych dziewczyn i rozmarzonych chłopców - naiwnych ludzi. Te filmy "obiecują" miłość zawsze gorącą, pełną przygód, wrażeń. Mówią o radości z każdego spojrzenia, uczuciu ciepła w podbrzuszu, euforii w głowie. Opowiadają o mężczyznach kładących na kałuży płaszcz po to, aby dama ich serca mogła przejść suchą stopą. Opisują wieczory przy świecach, polegające na sączeniu wina i podziwianiu piękna oczu i ust. Potem jest seks do białego rana, ale tylko na wyraźną prośbę kobiety. Ktoś się spotkał z kimś, potem przygody i perypetie, a kończymy namiętnym pocałunkiem i film się kończy, dając nam do zrozumienia, że już zawsze będzie kurwa tak słodko i romantycznie.

Nie będzie! Otrząśnij się ze snu. Słownik Języka Polskiego słusznie zauważa, że "romantyczny" to " charakteryzujący się brakiem realizmu życiowego". Amen. Nic dodać, nic ująć.

Ja wierzę w istnienie romantycznego uczucia, ale muszę dodać, że jest ono krótkotrwałe i spowodowane konkretnymi rzeczami. Moja ulubiona koleżanka A. ujęła kwestię przyczyn i czasu trwania romantyzmu w jednym dosadnym zdaniu: "Romantyzm trwa do momentu, aż kobieta wpuści mężczyznę do łóżka i chwilę dłużej". Również - nic dodać, nic ująć.

Znasz romantycznego faceta? Gratuluję. A teraz proszę przyjmij kilka słów prawdy: kupuje Ci kwiaty, organizuje wieczory, sili się do granic możliwości i robi mnóstwo innych romantycznych rzeczy TYLKO dlatego, że chce sobie podotykać Twojej pupy, piersi i uprawiać z Tobą seks. Ty trzymasz go na razie na dystans, więc on stosuje te techniki, ponieważ wie, że tego oczekujesz. Wie też, że kiedy to dostaniesz i uwierzysz, że jest on księciem z bajki na białym rumaku, będzie mógł wtedy spełnić swoje prawdziwe marzenie, czyli... hmm... wiadomo co.

Ale przecież Ci mówi, że jesteś taka wyjątkowa! Opiewa Twoje zalety! Uwierz - każdej po Tobie powie to samo. Każdej przed Tobą mówił to samo. Takie słowa zachwytu są prawdą tylko, kiedy są wypowiadane po kilku latach bycia ze sobą. A na jednej z pierwszych randek faceci mówią to nie z serca, ale z miejsca znajdującego się trochę dalej niż na szerokość dłoni poniżej pępka. Takie są fakty i dla Twojego dobra musisz to zrozumieć.

Kochane dziewczyny - romantyczna miłość jest oszustwem, iluzją. Jest prawdziwa tylko na ekranie i na kartkach książki. W życiu realnym po prostu nie istnieje, a to, co nazywamy "romantyczną miłością" to chwyt facetów mający na celu zdobycie bynajmniej nie serca kobiety.

Ty marzysz, że poznasz przystojnego faceta o kolorze skóry ala Cappucino, wożącego Cię wieczorami swoim BMW na spacer wzdłuż rzeki, kupującego Ci kwiaty, obsypującego Cię prezentami. Przede wszystkim potępiam Twoje marzenia. Skoro takie masz, to znaczy, że jesteś płytka na masę. Znaczy to również, że pod płaszczykiem romantycznej kobietki, ukrywasz osobowość prostytutki. Wiesz dlaczego? Bo chcesz, żeby ten facet Ci dawał prezenty, a Ty w zamian dasz mu wiesz co. W każdym razie nie chcesz mu dać za darmo i przynajmniej to masz na swoją obronę.

Prawdziwa miłość nie jest romantyczna. Romantyczna miłość nie jest prawdziwa. Jest dziecinna, naiwna, niedojrzała, śmieszna, a właściwie to żałosna. Nie dziwi mnie, jeśli wierzą w nią nastolatki. Szkoda, że w nią wierzą, ale ich wiek je usprawiedliwia. Prawdziwą tragedią jest, jeśli w romantyczną miłość wierzą dorosłe kobiety. Prawdziwa miłość jest o niebo lepsza od romantycznej. Prawdziwa miłość gwarantuje Ci, że jesteś kochana za to, kim jesteś, a nie za to jaką masz d...pę i cycki.

środa, 28 listopada 2012

Czy Paweł Szulik chce mieć drugą żonę?

Moi czytelnicy przyzwyczaili się już do mojej szczerości i otwartości. Jednych to denerwuje, inni to podziwiają. I takie i takie głosy otrzymuję.

Kiedy rozmawiam z ludźmi o poligamii, często zadają pytanie, czy ja również chciałbym mieć drugą żonę. Robią to, bo mają dziką nadzieję, że zacznę się wykręcać i to będzie oznaczało ich wygraną w dyskusji. A ja się nigdy nie wykręcam i mówię otwarcie i bez cienia zażenowania: TAK, CHCIAŁBYM MIEĆ DRUGĄ ŻONĘ.

Wtedy nie dają za wygraną. Zostaje im jeszcze jedna deska ratunku. Pytają: "Ciekawe co by było, jakby się Twoja żona o tym dowiedziała?". A ja, bardzo spokojnie, z lekkim uśmiechem odpowiadam: MOJA ŻONA JUŻ DAWNO TO WIE.

Wtedy ostatkiem sił mówią: "To musi być straszne. Pewnie nie najlepiej się Wam układa". Wtedy z jeszcze większą satysfakcją odpowiadam: "Nasze małżeństwo ma się jak najlepiej. Z każdym dniem kochamy się coraz mocniej". W to oczywiście moi rozmówcy nie wierzą, bo ich zamknięte umysły im niestety na to nie pozwalają, lecz jest to najszczersza prawda.

Otóż tak. Moja żona zna moje poglądy. Wie, że nie jest jedyną kobietą na świecie, którą uważam za piękną i wartościową. Gdybym tak mówił, kłamałbym. Każdy facet, który mówi swojej kobiecie, że tylko ona mu się podoba i tylko ona jest wyjątkowa, jest zwyczajnym obrzydliwym łgarzem. Znam facetów, którzy tak właśnie oszukują żony, a kiedy są sam na sam z kolegami, mają zgoła inne zdanie. Ja postanowiłem, że nie będę utrzymywał najukochańszej osoby w iluzji. Nie będę jej przedstawiał świata, który nie istnieje. Wierzę, że należy mówić prawdę, bo jedynie żyjąc w prawdzie można odnieść sukces w życiu.

Nasza miłość jest dzięki temu bardziej dojrzała i moja żona lepiej rozumie moją miłość do niej. Nie muszę zniżać się do poziomu gówniarza, jak to robi większość mężczyzn, i tłumaczyć się z każdego spojrzenia w oczy innej kobiecie. Moja żona wie, że jej nie zdradzę. Skąd to wie? Bo kiedy zainteresuje mnie inna kobieta, to moja żona o tym od razu się dowie.

Większość kobiet takiego komfortu nie ma. Dlaczego? Bo ich mężczyzna codziennie mówi im to, co nie jest prawdą. One podświadomie to wiedzą i instynktownie im nie ufają. Tak rodzą się podejrzenia o zdradę, domysły, itd. Moja żona jest totalnie od tego wolna.

Powtórzę: TAK, CHCĘ MIEĆ DRUGĄ ŻONĘ. Jednak należy tutaj dodać kilka słów wyjaśnienia.

Chciałbym mieć drugą żonę w sensie zarejestrowanego związku, ale nie chcę łamać polskiego prawa. Polskie prawo zabrania rejestrowania drugiego związku małżeńskiego. Ale...

Ja rozumiem inaczej słowo mąż i żona. Dla mnie mężczyzna zostaje mężem kobiety, a kobieta zostaje żoną mężczyzny, w momencie, kiedy czynią wobec siebie konkretne zobowiązania wspólnej przyszłości, ogłaszają to w jakiś sposób społeczności, w której żyją, i zaczynają mieszkać razem. W mojej filozofii życia ślub jest rzeczą zupełnie zbędną. Nie potrzebuję ślubu, żeby móc kobietę traktować jak żonę. Wielu ludzi ma ślub i nie traktuje się jak mąż i żona powinni się traktować, co wskazuje, że ślub dobrego małżeństwa nie gwarantuje. Z drugiej strony znam ludzi, którzy żyjąc w tzw. konkubinacie, traktują się o wiele lepiej niż większość znanych mi małżeństw.

Czy polskie prawo zabrania mieszkania pod jednym dachem jednemu mężczyźnie i dwóm kobietom? Nie, nie zabrania. W przeciwnym wypadku policja wyprowadzałaby w kajdankach wielu studentów z mieszkań, które wynajmują we trójkę (facet i dwie kobiety).

Podsumowując tę kwestię: Chcę mieć drugą żonę, ale nie mam zamiaru tego związku rejestrować. Nie mogę tego zrobić, nie muszę i nie chcę.

Fakt, że chcę mieć drugą żonę nie oznacza, że chcę zostawić pierwszą. Absolutnie nie chcę tego zrobić - nie wyobrażam sobie życia bez mojej żony.

Fakt, że chcę mieć drugą żonę nie oznacza, że mojej obecnej żony nie kocham. Kocham ją bardzo mocno, lecz jestem gotowy nie mniej kochać tę drugą. Miłość nie jest ograniczona. Gdyby tak było, rodzice nie mogliby kochać więcej niż jednego dziecka. Powiesz: "Żona i dziecko to nie to samo". Zgadzam się, to nie dokładnie to samo, ale w obu przypadkach chodzi o miłość, nieprawdaż? Tobie to się nie mieści w głowie, ale to jest problem wyłącznie Twojej głowy.

Fakt, że chcę mieć drugą żonę nie oznacza, że nie jestem zadowolony z jakości życia seksualnego. Wręcz przeciwnie - jestem bardzo zadowolony, co nie oznacza, że nie mogę być zadowolony z życia seksualnego z inną kobietą. Większość mężczyzn ma zdecydowanie większe potrzeby seksualne niż większość kobiet. Oczywiście są wyjątki, ale w przypadku mojego małżeństwa jest standardowo. Dlaczego jako mężczyzna miałbym wybierać pomiędzy: męczeniem mojej żony nadmierną ilością seksu, masturbacją i wstrzemięźliwością. Chciałbym mieć jeszcze czwarty wybór, a mianowicie drugą żonę o podobnych do mojej obecnej żony potrzebach seksualnych. Wtedy wszyscy bylibyśmy zaspokojeni w sam raz. Dla Ciebie jest to oczywiście śmieszne, a może nawet żenujące, ale skoro tak jest, to znaczy, że musisz dojrzeć do rozmów na dorosłe tematy.

Fakt, że chcę mieć drugą żonę nie oznacza, że jestem znudzony życiem i chcę się "pobawić" w poligamię. Takie rzeczy zakładają z góry jedynie osoby bardzo ograniczone emocjonalnie i intelektualnie. Po prostu uważam, że jeśli człowiek może korzystać z większej ilości dostępnych na świecie darów Bożych, to nie powinien sobie tego odmawiać w imię źle pojętej wierności.

Na tym skończę. Dla większości z Wam to pewnie i tak zbyt dużo. Pozdrawiam.

Co jest gorsze: mieć kochankę czy drugą żonę?

Pewnie powiesz: "I jedno i drugie jest złe". Ale kiedy głębiej się nad tym zastanowisz, z pewnością stwierdzisz, że z dwojga złego, gorzej jest mieć drugą żonę.

Ciekawe jest to, że kiedy w Polsce mówi się o problemie zdrad w małżeństwie, to co prawda oburzamy się, ale nie jest to oburzenie porównywalne z tym, do którego dochodzi, kiedy mowa o poligamii. Kiedy mowa o zdradach - oburzamy się; kiedy mowa o poligamii - oburzamy się zdecydowanie bardziej.

A ja pytam: Dlaczego oburzamy się bardziej na poligamię niż na zdradę? Czy nie powinno być odwrotnie?

W obu przypadkach dochodzi do współżycia jednego mężczyzny z więcej niż jedną kobietą (rozpatrujemy taki przypadek, bo właśnie poligynii, czyli związkowi jednego mężczyzny z jedną kobietą, poświęcony jest ten blog). W zdradzie dochodzi element kłamstwa. W poligamii nie ma kłamstwa, ponieważ obie kobiety wiedzą doskonale o swoim istnieniu.

Ktoś może powiedzieć, że poligamia jest gorsza, bo kobiety są manipulowane. Tak? Doprawdy?!

Po pierwsze, utrzymuję kontakty z pewną poligamiczną rodziną z USA, i wiem na pewno, że żadna z kobiet nie czuje się manipulowana. Każda chciała od początku być w poligamicznej rodzinie, zanim jeszcze poznała męża. Żadna nie została w poligamię wmanipulowana, ponieważ mając możliwość życia w monogamii, jednak wybrała poligamię. Kobiety te żyją więc w poligamii, ponieważ TEGO CHCĄ - jakkolwiek dziwnie może to brzmieć w Twoich uszach. Oczywiście zakładasz, że ŻADNA kobieta żyjąca w poligamicznym związku NIE CHCE tego, w czym żyje, ale pozwól, że to te kobiety wypowiedzą się same za siebie. Nie wiesz lepiej niż one, czy tego chcą czy nie. Na pewno myślisz, że tego nie chcą i kłamią. W takim razie: po pierwsze - nie mają żadnej korzyści z tego kłamstwa, więc nie mają motywu; po drugie - gdyby w sądach sędzia zakładał, że wszyscy świadkowie kłamię, to zeznania byłyby niepotrzebne - wszak sędzia i tak wiedziałby lepiej. Czy nazwałbyś takiego sędziego sprawiedliwym? Z pewnością nie. Ty bądź więc sprawiedliwym sędzią w tej sprawie i uznaj, że te kobiety mówią prawdę.

A poza tym: Jak facet sypia z żoną i kochanką, to żadna nie jest manipulowana, tak?! Myślę, że wtedy obie są lepiej i zręczniej manipulowane niż w poligamii. Facet musi nieźle się starać, żeby jedna o drugie się nie dowiedziała. Musi działać niezwykle, żeby spotykać się z jedną tak, by druga o tym nie wiedziała i na dodatek, aby niczego nie podejrzewała. W przypadku zdrady manipulacja przebiega ze zdwojoną siłą.

W przypadku zdrady każda z kobiet jest stale okłamywana, że nadejdzie dzień, kiedy facet rozstanie się z tą drugą, a ona będzie tą jedyną. W poligamii jest rzeczą jasną, że mężczyzna będzie z obiema. Czasami w przypadku zdrad jest tak, że facet w końcu jedną z kobiet zostawia - w poligamii nie zostawia żadnej.

W tym momencie nie chodzi mi o obronę poligamii (której jestem oczywiście gorącym zwolennikiem), ale o zwrócenie uwagi na to, że jeśli nas oburza, to zdrada powinna nas oburzać bardziej. A jednak w polskim społeczeństwie jest odwrotnie...

sobota, 24 listopada 2012

Niesprawiedliwość prawa

Zawsze, kiedy rozmawiam z kimś na temat poligamii, słyszę już w pierwszych zdaniach, że poligamia jest w Polsce (i wielu innych krajach) nielegalna. Nie można mieć legalnie zarejestrowanych związków z dwiema lub więcej żonami. Cytuję za Wikipedią:
Polsce bigamia jest czynem zabronionym stypizowanym w art. 206 Kodeksu karnegokaralne jest zawieranie małżeństwa pomimo pozostawania w związku małżeńskim. Jeżeli druga osoba ma świadomość, że zawiera związek małżeński z osobą niebędącą stanu wolnego, to odpowiada razem z nią jako podżegacz lub pomocnik.
Już próba zawarcia drugiego związku małżeńskiego zostanie ukarana, nie mówiąc już o chęci zawarcia większej ilości związków. Podsumowując tę część: w Polsce nie można mieć zarejestrowanych dwóch lub więcej związków.

Prawo jest jednak niekonsekwentne. Nie ma bowiem w nim mowy (a przynajmniej ja nie posiadam takiej informacji) np. o konkubinacie mężczyzny z więcej niż jedną kobietą. Kodeks karny nie widzi problemu w tym, że jeden mężczyzna mieszka, sypia i współżyje z więcej niż jedną kobietą. Problem jest tylko wtedy, kiedy zechce oba te związki zalegalizować. Legalizacja jest tu słowem-kluczem. Możesz robić wszystko, ale nie możesz mieć papierka, że obie są Twoimi żonami.

Jeszcze inny przykład: Mężczyzna miał żonę. Z tą żoną ma dzieci. Poznał inną kobietę. Z tą inną kobietą ma dzieci. Ma teraz dzieci z obiema tymi kobietami. Prawo nie widzi w tym problemu, dopóki ów mężczyzna płaci alimenty i dopóki obie te panie nie są jego żonami. Prawo nie widzi problemu, jeśli dzieci obu kobiet się znają, bawią się razem na placu zabaw, wszystkie mówią do jednego mężczyzny "tato". Dla prawa ważne jest tylko, aby obie te kobiety nie były jego żonami. I prawo nie jest zainteresowane tym, czy te kobiety tego by chciały, tzn. czy chciałyby mieszkać pod jednym dachem z tym mężczyzną i być jego żonami. Nawet gdyby tego chciały, to i tak nie można tego zrobić.

Niektórzy twierdzą, że dobrze jest mieć w Polsce zakaz bigamii, bo taki zakaz przeciwdziała szerzeniu się niemoralności. "Dupa, dupa, dupa, dupa, dupa" - jakby to powiedział Ferdynand Kiepski. Prawo, jak widać, wypełnia swój obowiązek przeciwdziałania szerzeniu się niemoralności dość wybiórczo: nie ściga trójki studentów (jednego pana i dwóch pań), którzy mieszkają pod jednym dachem i uprawiają seks w trójkę każdego wieczoru; nie ściga pana, który ma pięcioro dzieci - każde z inną panią; nie ściga pana, który ma żonę i pięć pań na boku, z którymi regularnie współżyje i mieszka, kiedy jest na delegacji...

Jak widać prawo jest dość niesprawiedliwe i niekonsekwentne. Kieruje się ono zasadą: "Można, dopóki tego nie widzę". A musicie Państwo wiedzieć, że jest wiele związków jednego pana i więcej niż jednej pani, gdzie wszyscy zgadzają się na taki stan rzeczy i bardzo chcieliby widnieć w papierach jako legalne małżeństwo i nie mogą. Bardzo chcieliby wspólnie wychowywać dzieci, a nie mogą. Prawo niestety im na to nie pozwala. Pozwala natomiast bez cienia sprzeciwu na sytuację, w której tatuś płodzi dzieci pięciu mamusiom, byleby tylko z nimi nie mieszkał i byleby płacił alimenty. Czy ta ostatnia sytuacja nie jest oby patologiczna? Owszem, jest. Ale na taką akurat patologię prawo polskie pozwala...

poniedziałek, 23 lipca 2012

Jak Ty w prawo, to ja w lewo; a jak Ty w lewo, to ja w prawo - czyli dyskusje o poligamii

Zawsze mnie w pewien sposób bawi argumentacja niektórych ludzi, kiedy słyszą o poligamii. Chodzi mi o takich, którzy nigdy nie zastanawiali się nad tym tematem, lub zrobili to tylko pobieżnie, ale czują przymus przeciwstawienia się temu. Jako że nie dali sobie czasu do namysłu, ich argumentacja jest często niedorzeczna, nielogiczna, "cokolwiek byś nie powiedział, to i tak się nie zgadzam".

Na youtube.com jest wiele filmików przedstawiających wywiady z przedstawicielami rodzin poligamicznych. Jest wiele artykułów w sieci poświęconych temu tematowi. Czytam czasami komentarze do nich. Jeśli na przykład żony danego mężczyzny są podobne do siebie, to ludzie zarzucają, że są podobne i pytają, po co w takim razie mu kilka kopii tej samej kobiety. Kiedy natomiast żony mają inną urodę, to oskarża się mężczyznę o to, że poligamię wybrał wyłącznie, aby mieć różnorodność. Jeśli w takich rodzinach jest mało dzieci, to dla wielu od razu wskazuje, że chodzi tylko o seks. Jeśli jest dużo dzieci, to pada oskarżenie, że "oni chcą tylko płodzić dzieci". Czytałem komentarz do pewnego wywiadu, w którym pani stwierdziła, że "tym kobietom jest źle, bo widać to w ich oczach"; nie ważne, co one powiedzą, ona i tak wie lepiej, że one są na pewno nieszczęśliwe, bo nie może być inaczej. Jeśli żony danego człowieka żyją w oddzielnych domach, to źle; jeśli w jednym, to też źle. Jeśli żony nie są wykształcone, to już jest dla owych przeciwników świadectwo, że zdecydowały się na poligamię, bo łatwo nimi manipulować. Jeśli zaś żony są wykształcone, to oznacza, że mąż znalazł po prostu dobre sposoby, by wyprać im mózg albo w ogóle kłamią, że są wykształcone. Jeśli żony nie pracują i mężczyzna zarabia na dom, to pada oskarżenie, że te kobiety są po prostu zależne od mężczyzny finansowo. Jeśli same również zarabiają, to obwinia się mężczyznę, że ich nie utrzymuje z własnej kieszeni. Jeśli kobiety są zadbane, to przeciwnicy poligamii już mają dowód, że zazdrość ich do tego popycha. A jeśli są zaniedbane, to i tak źle, bo to automatycznie oznacza, że mają depresję, a mają depresję oczywiście dlatego, że żyją w poligamii.

Argumenty tego typu w ogóle nie dotyczą spraw merytorycznych. Jest to zupełnie puste, jałowe gadanie ludzi o zamkniętym światopoglądzie.



sobota, 14 lipca 2012

"Chodzenie ze sobą" jako etap związku?

Wpis na temat "chodzenia ze sobą" chodzi za mną :) od kilku dobrych miesięcy. Ostatnio jednak poczułem się wyjątkowo zainspirowany, aby wreszcie dopełnić dzieła...


Dawno, dawno temu było tak... Żyli sobie chłopak i dziewczyna. Chłopak poznawał dziewczynę i zaczynał się nią interesować. Albo to dziewczyna zauważała chłopaka i doznawała zauroczenia. W końcu się zapoznawali. A to przez kolegę, a to przez koleżankę, a czasami bezpośrednio. Zaczynali się kolegować, a następnie przyjaźnić. Spędzali ze sobą czas. Następnie chłopak w sposób jasny informował o swoich uczuciach dziewczynę, co nazywano oświadczynami, a następnie, oboje dojrzewając, zaczynali iść w jednym kierunku - w kierunku małżeństwa.

Były więc właściwie dwa etapy relacji damsko-męskich: narzeczeństwo i małżeństwo. Wcześniej się co prawda kolegowali i przyjaźnili, ale ani oni, ani ich otoczenie, ani nikt w ogóle nie uważał ich za parę.

Dzisiaj jest inaczej. Obecnie doszedł jeszcze jeden etap, czyli tzw. chodzenie ze sobą. Dzisiaj chłopiątko informuje dziewczynę o swoich uczuciach i zaczynają ze sobą chodzić. Czemu napisałem o chłopaku - "chłopiątko", a o o dziewczynie po prostu - dziewczyna? Chciałem podkreślić jedną rzecz. Chodzenie ze sobą zaczyna się zazwyczaj, kiedy oboje mają około 15 lat. Dziewczyna jest już wtedy w miarę dojrzała, a już na pewno jest dojrzalsza od chłopaka równolatka. Piętnastoletnie chłopiątko jest dzisiaj (bo kiedyś było inaczej) jeszcze dzieckiem i nie ma pojęcia o dojrzałym życiu, relacje w to włączając. Chłopiątko chce sobie dziewczynę oprowadzać po mieście, żeby się pochwalić innym chłopiątkom. Chłopiątko chce sobie dziewczynę podotykać, pocałować... W każdym razie chłopiątko nie myśli w ogóle o przyszłości.

I tak chodzą sobie przez kilka miesięcy. Dziewczyna w takim "związku" zupełnie się nie rozwija, bo u boku chłopiątka nie da się rozwinąć. Rozwinąć się można u boku młodego mężczyzny. Można mieć 15 lat i być młodym mężczyzną zamiast chłopiątkiem, ale to się zdarza niezwykle, niezwykle rzadko. Dziewczyna nie jest dla chłopiątka partnerką, więc nie powinna się dziwić, że jest traktowana jak trofeum. Nie powinna się dziwić, że jest traktowana na równi z motocyklem, konsolą do gier, deskorolką, ładnym ciuchem i innymi gadżetami, którymi chłopiątko się chwali  w obecności innych chłopiątek.

Następnie chłopiątko się nudzi i zaczyna sobie chodzić z jakąś inną dziewczyną. I historia się powtarza. Dziwię się tylko dziewczynom, że godzą się na coś takiego. Pozostaje to dla mnie niezrozumiałe.

I tak wprowadzony został kolejny etap związku, a mianowicie chodzenie. I tak chłopiątko i dziewczyna sobie chodzą to tu, to tam. Chodzą sobie do parku, chodzą na dyskotekę, chodzą do kolegi, chodzą do koleżanki, chodzą sobie po mieście i siedzą sobie na ławce. Dziewczyna najczęściej chce "czegoś więcej" od tego "związku". Dziewczyno, niczego więcej nie będzie. To jest chłopiątko i nie ma co wymagać. Zacznij się spotykać z młodym mężczyzną, to będziesz mogła oczekiwać czegoś więcej. Jak sobie chodzisz ze szpanerem, maminsynkiem, gansterem na dzielni, przed którym drży cała piaskownica, ukrywającym się po kątach palaczem papierosów, czyli kilkunastoletnim chłopiątkiem, to niczego więcej nie będzie, oprócz rozczarowania.

"Chodzenie" to nie jest związek, młode panie i chłopiątka! Drogie chłopiątko, jakim prawem rościsz sobie prawa do dziewczyny, jakim prawem uważasz, że jest przez Ciebie "zajęta", jakim prawem mówisz o niej moja dziewczyna? Przecież Ty jej nic nie dajesz i unikasz wszelkich zobowiązań wobec niej? Ustąp miejsca młodemu mężczyźnie i idź sobie lepiej wydoroślej. Potem poszukaj sobie dziewczyny i zbuduj z nią związek.

Ale chodzenie ze sobą co najgorsze nie dotyczy tylko ludzi w nastoletnim wieku. Znam wiele par, które mają ponad dwadzieścia lat, "chodzą" i nic więcej. Nie idą w ogóle w kierunku dojrzewania związku. Nie starają się ze sobą zamieszkać. Nie chcą stworzyć rodziny. Oni chcą ze sobą chodzić.

Media też bardzo pomagają. Promuje się chodzenie, jako fajne i dobre. Kiedy mówi się o dojrzałości w związku, to jest to zajebiście nudne, staromodne, obciachowe. A potem się stado baranów dziwi, kiedy rośnie patologia i beczy, jak trzeba sobie poradzić z konsekwencjami swoich czynów.

Od razu wyprzedzę krytykę - TAK, też byłem chłopiątkiem. Też chodziłem z dziewczynami. Ale przyszedł etap w moim życiu, kiedy podjąłem decyzję, że nie będę z żadną dziewczyną chodził, dopóki nie stwierdzę, że jestem dojrzały. I tak, przez lata, choć mogłem sobie z dziewczynami chodzić, nie spotykałem się z żadną. Aż wreszcie poznałem moją żoną i nie chodziłem z nią ani chwili. Od razu sobie postanowiliśmy, że będziemy razem na zawsze.

Chodzenie ze sobą jest dowodem na regresję cywilizacji. Ludzie nie chcą związku, oni chcą się parzyć. Tak, oni chcą kopulować, jak małpy, króliki, chomiki, świnki morskie i cocker spaniele. Chodzi się ze sobą, żeby się dobrze bawić, pić i kopulować bez zobowiązań. Cywilizowany człowiek natomiast podchodzi do związku poważnie. Oczywiście, że cywilizowany człowiek chce seksu. Seks jest dobry, przyjemny i ja na przykład, uważając się za cywilizowanego człowieka, nie wyobrażam sobie związku bez seksu. Ale, do jasnej cholery, jest coś więcej niż to. Jest coś więcej niż pieprzenie się na lewo i prawo jak szympansy. Jest miłość, zobowiązanie, dojrzałość, odpowiedzialność...

Kocham "zajętego" faceta!

Masz taki "problem"? Tak? Rozumiem. Tak więc to mamy załatwione. Jeśli nie jesteś kobietą kochającą zajętego faceta albo w ogóle nie jesteś kobietą, będziesz musiała (musiał) czytać ten wpis z pozycji takiej kobiety, ponieważ ten tekst jest jakby moim monologiem skierowanym do niej.

Czemu, droga czytelniczko, nazywasz to "problemem"? Zastanawiałaś się nad tym kiedykolwiek? Czemu to, co do niego czujesz określasz mianem "problemu"? Na czym polega "problem"? Odpowiedź jest jasna - uważasz, że Twoje uczucie jest społecznie nieakceptowalne; sądzisz, że to cholernie nieuczciwe w stosunku do kobiety tego człowieka; ale nade wszystko nie widzisz przyszłości tego uczucia. Droga zakochana w "zajętym" facecie, gdyby Twoje uczucie się wydało, prawdopodobnie przez wielu nazwana byłabyś "zdzirą", "szmatą", "dziwką", a może nawet w bardziej wymyślny sposób (Polacy są mistrzami w tej dziedzinie). Ale tak nazwą Cię tylko ludzie głupi, więc nie przejmuj się ich słownymi wymiocinami i intelektualną biegunką. Przejmij się natomiast tym, co masz zamiar dalej zrobić.


A możesz zrobić dwie rzeczy. Kobiety będące w Twojej, niewątpliwie trudnej sytuacji, najczęściej decydują się na "odbicie faceta". Chcesz to zrobić? Pewnie takie rozwiązanie wydaje Ci się najprostsze, bo przecież uważasz, że facet może mieć tylko jedną kobietę i nigdy nie zastanawiałaś się nad inną opcją (o tym później).  A może uważasz, że ta jego obecna jest złą kobietą, niszcząco wpływa na jego życie. Może i tak, ale częściej po prostu wygodnie Ci jest wierzyć, że tak jest, bo to pozwala usprawiedliwić Twoje plany "odbicia" go. Uważasz, że w ten sposób pomożesz mu wyrwać się ze szponów tej złej kobiety. Najczęściej jednak w głębi duszy wiesz, że ta kobieta jest w porządku, ale na siłę wyszukujesz jej wady, żeby usprawiedliwić Twoją chęć odbicia go. Ale kiedy zdecydujesz się na działanie w tym kierunku, najprawdopodobniej koszmar dopiero się zacznie. Czy on w ogóle Cię zechce? Jeśli nie jesteś pewna, to podejmujesz pewne ryzyko. Czy on kocha swoją obecną kobietę? Jeśli tak, to prawdopodobieństwo koszmaru wzrasta. Ma z nią dzieci? Jeśli tak, to koszmar jest pewny. Wasz związek najprawdopodobniej nie przetrwa procesu jego rozstania z tą kobietą, związanego z tym stresu i napięcia. Pokłócicie się i taki będzie finał. Zrobisz więcej złego niż dobrego i, co najgorsze, jeżeli jesteś poczciwą osobą, będziesz tego mocno żałować. On również. Spowodujecie tragedię.


A może on już nie kocha swojej obecnej kobiety? Jeśli tak jest, to tym bardziej, dla Twojego własnego dobra, nie powinnaś go jej odbijać. Po co Ci facet, który już kiedyś obiecywał kobiecie ją kochać i przestał? Wiedz, że jeśli przestał kochać swoją kobietę, to Ciebie również przestanie.


A teraz druga rzecz, którą możesz zrobić. Nie musisz go odbijać. "A co innego mogę zrobić?" - możesz zapytać. Otóż, masz jeszcze jedno wyjście. Możesz stać się jego drugą kobietą!


Nie, nie mam na myśli tego, żebyś była jego drugą kobietą w ukryciu, czyli jego kochanką. Taki układ jest toksyczny i destrukcyjny. Na coś takiego nigdy nie powinnaś się zgodzić.


Mam na myśli to, abyś została jego drugą kobietą, podczas gdy ta pierwsza będzie o tym wiedziała i taki układ akceptowała. Zszokowana? Z pewnością. Myślałaś kiedyś o tym? Raczej nie. Pewnie sądzisz, że to kompletnie niedorzeczne, a myślisz tak, ponieważ odkąd byłaś małą dziewczynką, wmawiano Ci, że tak nie może być. Ale tak może być! Nie możesz stać się oficjalnie jego drugą żoną w sensie stanu cywilnego, ponieważ jest to sprzeczne z obowiązującym w Polsce prawem. Ale możesz być jego drugą kobietą. Skoro prawo nie zabrania posiadania mu ukrytej kochanki, to nie zabrania też oficjalnej kochanki, prawda?


Wiem, że może być Ci trudno zaakceptować coś takiego. Ja to zupełnie rozumiem. Podejrzewam, co możesz teraz czuć. Proponuję Ci czytać tego bloga i rozważać wszystko w swoim sercu.


Fakty są takie, że mężczyźni są poligamiczni, ale skrzętnie to ukrywają, tworzą gąszcz pozorów. Nic nie poradzimy na to, że znaleźliśmy się w takim świecie - świecie, w którym pozory stały się normą, a to, co normalne, zostało zepchnięte poza margines. Monogamiczność mężczyzn jest takim właśnie pozorem. Faceci udają, że jest inaczej, choć znają obłudę swojego postępowania. Właściwie każdy mężczyzna, jakiego znam, wypiera się swojej poligamiczności. Bez przerwy podkreśla, że kocha tylko jedną. Już sam fakt mówienia o tym ciągle powinien zastanawiać. Jeżeli coś jest faktem, nie ma potrzeby tego "wyczarowywać" ciągle słowami. Ci sami mężczyźni oglądają się ciągle za innymi kobietami, flirtują z nimi, rozmawiają o nich z kolegami. Po co to robią, skoro są tacy monogamiczni i kochają tylko jedną? ;)

Tak więc natura mężczyzny, droga zakochana w "zajętym" facecie, jest po Twojej stronie. I co teraz robić? Oczywiście zakładamy, że taki układ Ci pasuje.

Po raz kolejny musisz się zastanowić, czy ten człowiek jest Tobą zainteresowany albo czy będzie Tobą zainteresowany. Jeśli nie, to nie ma sensu się w nic angażować. Jak to sprawdzić? Otóż, mężczyźni - zajęci żonaci czy samotni, zawsze wysyłają mikrosygnały w kierunku kobiety, która wzbudza ich zainteresowanie. To są różne rzeczy. Jeśli się widujecie, to zauważysz specyficzny sposób, w jaki na Ciebie patrzy. Będzie starał się nawiązać z Tobą kontakt wzrokowy i słowny. Przykłady można by mnożyć. Sama zresztą będziesz to czuła.

Istnieje jednak problem, i to problem niemały. Po pierwsze, poglądy tego faceta muszą zezwalać mu na dwie kobiety na raz. Teoretycznie każdy by chciał, ale bardzo niewielu jest takich, którzy się do tego przyznają i są gotowi na związek z dwiema kobietami w praktyce. Po drugie, jego kobieta musi się na to zgadzać. Podczas gdy spełnienie pierwszego warunku nie jest takie trudne, tak drugi warunek graniczy z niemożliwością.

Zacznijmy od faceta. Mogę powiedzieć trochę ze swojego doświadczenia. Jeszcze będąc świętoszkowatym chrześcijaninem (czego się niezwykle wstydzę) ostro zwalczałem teorię i praktykę poligamii. Ale to się zmieniło. Aby się dowiedzieć, jak to się stało, kliknij tutaj. Na dzień dzisiejszy akceptuję poligamię teoretycznie. Jestem jej zwolennikiem. Jakkolwiek może się to wydawać dziwaczne, uważam, że poligamia jest zdrowa i powinna być normalnie i legalnie praktykowana. Faceta łatwo jest przekonać. Skoro takiego betona jak ja się dało, to każdego się da.


Zostaje kobieta pozostająca w związku z tym facetem. To jest trudny orzech do zgryzienia. To jest mission impossible. Żyjemy w kulturze, która została brutalnie wypłukana z najmniejszego nawet wspominania o poligamii. Jeśli już się o tym modelu rodziny wspomina, to są to same negatywne rzeczy, a większość z tych rzeczy to mitologia, bajki, przesądy i uprzedzenia. W książkach, filmach, serialach, programach telewizyjnych i w audycjach radiowych przekazuje się "ideał" miłości monogamicznej, poligamię natomiast potępia się i dyskredytuje. Trudno jest więc przekonać kogoś, że jest inaczej.


Wracamy do obecnej kobiety zajętego faceta, w którym jesteś zakochana. Jeszcze raz to stwierdzę - trudny orzech do zgryzienia. Proponuję zacząć od nawiązania relacji z tą kobietą. I tutaj nic nie podpowiem - sposób skontaktowania się pozostawiam Tobie, bo każda sytuacja jest inna. W każdym razie - poznajcie się a następnie zaprzyjaźnijcie. Bez tego ani rusz. Musisz stać się jej przyjaciółką. To może Ci się teraz wydawać trudne lub wręcz nieprawdopodobne, ale nie da się obejść tego kroku. Nie możesz iść dalej, jeżeli tego nie osiągniesz. Oczywiście w okresie nawiązywania przez Was dwie relacji przyjacielskich nie ma mowy o jakiejkolwiek intymności z tym mężczyzną. Rozmowy, spotkania w obecności jego kobiety - owszem, ale nie możecie nic robić między sobą w ukryciu.

Załóżmy teraz, że udało Ci się z nią zaprzyjaźnić. To oznacza, że spędzacie ze sobą dość dużo czasu. Często się spotykacie. Ty oczywiście wciąż chcesz zaangażować się w związek z tym facetem. Skoro Ty i jego kobieta jesteście bliskimi sobie osobami, to możecie zacząć o tym jakoś delikatnie rozmawiać. Oczywiście sposób prowadzenia takiej rozmowy pozostawiam Tobie. To Ty znasz sytuację; to Ty znasz tego faceta i tę kobietę; to Ty wiesz najlepiej, jak się do tego zabrać. Przede wszystkim każde z Was musi być dojrzałe i w sposób dorosły do tego podejść, potraktować to niezwykle poważnie. Każde z Was musi być mądre i otwarte na nowe idee.

No i na tym etapie bardzo trudno mi jest powiedzieć, co będzie działo się dalej. Po prostu nie można tego przewidzieć. Jedno, co mogę poradzić: "Zaprzyjaźnij się z kobietą faceta, w którym jesteś zakochana i pogłębiaj tę przyjaźń". To jest najważniejsze. Niech ten okres nawiązywania relacji z kobietą trwa długo. Niech trwa możliwie jak najdłużej. To pozwoli sprawdzić dwie rzeczy: czy Twoje uczucie do niego jest trwałe oraz czy masz dobre intencje. Już tłumaczę, o co mi chodzi... Jeśli Twoje uczucie to tylko przelotna "miłostka", krótkotrwałe zauroczenie, to coś takiego wygaśnie w czasie. Ale zyskasz przyjaciółkę w postaci tej kobiety :) To jest bezwzględnie wielka korzyść. A w jaki sposób przeciągający się okres nawiązywania relacji z kobietą tego zajętego faceta może pokazać Twoje intencje? Otóż, chodzi mi o to, że jeżeli robisz to wszystko z czystej przebiegłości, to nie będziesz w stanie przyjaźnić się z tą kobietą. To nie wypali, jeśli jesteś nieuczciwa.

Cóż więcej powiedzieć... Nie ma co mówić więcej. Teraz trzeba przekuć słowa w czyn...

sobota, 7 lipca 2012

"Problem" z biblijnym wyrażeniem "ci dwoje będą jednym ciałem"


Celowo ująłem słowo "problem" w cudzysłów, ponieważ nie jest to żaden problem. Przeciwnicy poligamii myślą, że owo biblijne określenie występujące w kilku wersetach jest w ich rękach zabójczą bronią w argumentacji na rzecz teorii "tylko jedna żona i tylko jeden mąż". Jakże bardzo się mylą...

Pozwolę sobie zacytować fragment Księgi Rodzaju, który mam na myśli:

"Mężczyzna opuści swojego ojca i swoją matkę
i przylgnie do swojej żony.
I ci dwoje będą jednym ciałem"

I tu wkraczają apologeci monogamii i stwierdzają: "Widzisz? Biblia mówi, że dwoje będą jednym ciałem. Dwoje, a nie troje albo czworo albo pięcioro. Widzisz, Pawle? Tu Cię mamy. Nie wybronisz się już. Ten fragment jednoznacznie mówi, że tylko dwie osoby mogą być w małżeństwie. Koniec dyskusji". A wręcz przeciwnie, robaczki. Dyskusja dopiero się zaczyna.

Oczywiście pobieżnie patrząc można by dojść do wniosków takich jak powyższe. Zrodziła się nawet cała teoria, że małżeństwo ma dążyć do zjednoczenia dwóch osób w jedną osobę, bo "przecież Biblia mówi, że dwoje staną się jednym ciałem". Ale musimy pamiętać, że słowa z Księgi Rodzaju, które przytoczyłem nie zostały napisane po polsku, ale po hebrajsku. "Co to zmienia? Przecież mamy to przetłumaczone na polski" - ktoś mógłby stwierdzić. Otóż, problem tłumaczenia znaczenia zdań w języku hebrajskim nie ogranicza się do literalnego, czyli dosłownego przełożenia z tego języka na jakiś współczesny. Nie. Problem jest głębszy. Jeśli chcemy poznać znaczenie niektórych hebrajskich wyrażeń, musimy się bardziej wysilić. Musimy sprawdzać to w profesjonalnych słownikach, a jeśli do takich nie mamy dostępu, to należy się sprawdzić, w jakich innych miejscach tekstu występuje dana fraza i w ten sposób wywnioskować znaczenie.

Tak też jest w przypadku wyrażenia "dwoje będą jednym ciałem". Czy występuje ono w Biblii w jakimś innym miejscu? Tak. Przytoczony fragment Księgi Rodzaju jest kilkakrotnie cytowany w Ewangeliach. Ale jest jeszcze jeden tekst, o którym często się zapomina, a mianowicie fragment Pierwszego Listu Pawła do Koryntian 6:16-17:


Albo czyż nie wiecie,
że ten, kto łączy się z nierządnicą,
stanowi z nią jedno ciało?
"Będą bowiem" - jak jest powiedziane - "dwoje jednym ciałem".
Ten zaś, kto się łączy z Panem,
jest z Nim jednym duchem.

(Biblia Tysiąclecia -
nie jakaś "inna" Biblia,
ale taka, która jest u Twojego księdza na półce)


Widzimy to? Ten, kto współżyje z prostytutką, stanowi z nią jedno ciało i to nie ja to pierwszy powiedziałem, ale inny Paweł - apostoł Mesjasza. Czyli, jeżeli ktoś idzie uprawiać seks z prostytutką, stanowi z nią jedno ciało. A przecież, jeśli ktoś już korzysta z usług prostytutek, to raczej nie jest wierny jednej, ale uprawia seks z różnymi. A pomimo to Biblia mówi, że ten, kto łączy się z nierządnicą, stanowi z nią jedno ciało. Z tego wniosek, że można być jednym ciałem z więcej niż jedną kobietą, a nie tylko z jedną. O co więc chodzi z tym "stanowieniem jednego ciała"? Ano, chodzi o to, że wyrażenie "dwoje będą jednym ciałem" oznacza nie mniej nie więcej niż zwykłe współżycie seksualne. Jeśli hebrajczyk mówił, że "ci dwoje stali się jednym ciałem", to miał na myśli, że jakieś dwie osoby połączyły się w akcie seksualnym. I w tym przypadku rzeczywiście mogą być tylko dwoje. Nawet jeśli myślimy o manage a trois, to i tak w danej chwili tylko dwoje mogą być zespoleni. Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego tak jest?

Widzimy, że przytoczony fragment z Księgi Rodzaju, a właściwie wyrażenie "ci dwoje będą jednym ciałem" nie może być argumentem przeciwko poligamii, ponieważ on nie mówi o monogamicznym małżeństwie, tylko o seksie, a seks można uprawiać raz z tą, a raz z inną kobietą.

niedziela, 3 czerwca 2012

Koreańska sztuczka


Chyba każdy słyszał o takim kraju jak Korea Północna i właściwie nie ma osoby, która nie byłaby świadoma tego, co w tym kraju się dzieje. Panuje tam niesamowity reżim, społeczeństwo jest ogłupione, wytresowane i wciąż tresowane, odcięte od świata, zniewolone. Wszyscy jednogłośnie, bez względu na różnicę poglądów, potępiamy rządy w Korei Północnej.

Na czym polega "fenomen" tego państwa? Jakim cudem doszło do powstanie tej ponad dwudziestomilionowej sekty?

Zastosowano kilka prostych technik. Po pierwsze, ograniczono przypływ informacji z zewnątrz. Nikt nie słyszy, co dzieje się w innych krajach. Po drugie, używa się wszystkich możliwych mediów do bezustannej indoktrynacji. Jest tam na przykład obowiązek posiadania w domu radiowęzła, którego nie da się wyłączyć, a jedynie przyciszyć do pewnego poziomu. Chcesz czy nie chcesz - słuchać musisz. Po trzecie, tępi się nawet najmniejsze przejawy odmiennego myślenia, używając do tego różnego rodzaju represji. Efekt jest taki, że ze strachu mało kto w ogóle myśli o przeciwstawieniu się temu. I gotowe!

Dokładnie te same techniki stosuje się, by zniszczyć poligamiczny wzorzec małżeństwa.


Po pierwsze, ograniczono przypływ informacji z zewnątrz. Prawie nic nie wiemy o poligamicznych kulturach, a to, co wiemy, to tylko zdawkowe półprawdy lub wręcz kłamstwa, które wymyśla się, aby zniesławić poligamię. W XIX wieku podróżnikom zabraniano publikować materiałów dotyczących poligamii w odwiedzanych przez nich krajach. Po drugie, używa się wszystkich możliwych mediów do bezustannej indoktrynacji. Każda komedia romantyczna mówi o miłości jeden na jeden. I nie ważne, że główny bohater, aby zrealizować miłość do głównej bohaterki zostawił żonę i dwoje dzieci. Ważne, że miłość monogamiczna zwyciężyła i płaczemy sobie do poduszki. Po trzecie, tępi się nawet najmniejsze przejawy odmiennego myślenia, używają do tego różnego rodzaju represji. Mężczyzna, który chce mieć więcej niż jedną żonę, to jest od razu "zboczeniec", "nie kocha żony", "nie myśli głową tylko penisem", itd. Zakłada się, że w poligamicznych rodzinach dzieci są na pewno krzywdzone, a żony na pewno nieszczęśliwe. Poligamistów skazuje się na ostracyzm, traktuje się ich jak gorszych ludzi, trędowatych dziwaków.

Jesteśmy tresowani od małego dziecka do akceptowania obligatoryjnej monogamii i odrzucania poligamii tak samo, jak Koreańczycy są tresowani do przyjmowania filozofii dżucze i odrzucania wszelkich innych idei.

sobota, 2 czerwca 2012

Poligamia w ujęciu statystycznym

Postanowiłem sobie, że przyjrzę się poligamii, monogamii i poliandrii pod względem statystycznym. W dziele statystycznym poświęconym etnografii pt. "Ethnographic Atlas Codebook" podano, że pośród istniejących w latach 1960-1980 (a więc właściwie współcześnie) 1231 społeczeństw: tylko 186 jest monogamicznych, 453 praktykuje poligynię okazjonalnie, 588 często praktykuje poligynię, natomiast jedynie 4 społeczeństwa są poliandryczne. Inaczej mówią społeczny zakaz poligamii występuje w 186 społeczeństwach, w 1041 (453+588) społeczeństwach poligamia jest całkowicie akceptowana, natomiast poliandria występuje jedynie w 4. Poniższy diagram kołowy pokazuje te wartości na sposób graficzny.



kolor czerwony - monogamia
kolor ciemnoniebieski - poligynia praktykowana okazjonalnie
kolor jasnoniebieski - poligynia praktykowana często
kolor czarny - poliandria

Te same dane zostały przedstawione poniżej w postaci tzw. przybliżonego rozkładu Gaussa:


punkt po lewej - monogamia
punkt w środku - poligamia (suma 453+588)
punkt po prawej - poliandria

Ze studiów nad badaniami przyrody (a na uniwersytecie poznawałem chemię i biologię) dowiedziałem się, że właściwie większość cech w przyrodzie ma taki właśnie rozkład. Jeżeli badamy jakąś cechę grupy osobników, to większość osobników będzie posiadała najbardziej typową wartość cechy, a na krańcach będą odchylenia od normy. Cecha posiadana przez większość osobników jest najkorzystniejsza dla gatunku.

Tak samo jest ze "wzorem małżeństwa". Widzimy, że większość społeczeństw na ziemi akceptuje poligynię. Dlaczego? Bo jest to najbardziej naturalne dla człowieka. Monogamię i poliandrię można tutaj śmiało nazwać "odchyleniami od normy", przy czym zaznaczam, że przez "odchylenie" nie rozumiem zboczenia, ale wartość nietypową dla człowieka.

Dużo ludzi pyta mnie, dlaczego akceptuję poligynię, a nie aprobuję poliandrii? Między innymi właśnie dlatego, że sama natura udowodniła, że poliandria jest "odchyleniem od normy", czyli czymś, co nie jest "normalne" dla człowieka. Skąd to wiem. Jedynie 4 społeczeństwa, co stanowi 0,3% wszystkich, praktykuje poliandrię. Gdyby była ona dla człowieka naturalna, to mielibyśmy wartość dużo, dużo większą od 4.

Monogamię, czyli związek tylko jednego mężczyzny z tylko jedną kobietą, przynajmniej w teorii praktykuje jedynie 15% wszystkich ludzi. To jest zdecydowana mniejszość i przyjmijmy to wreszcie do wiadomości.


Ktoś mnie ostatnio zapytał, dlaczego nie uznaję poligynandrii, czyli związku wielu kobiet z wieloma mężczyznami. To proste - coś takiego jest dla człowieka na tyle "nienormalne", że znajduje się poza granicą błędu statystycznego. Natura uznała, że jest to w ogóle niewarte uwagi.

czwartek, 31 maja 2012

Jak świat zabija miłość


Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego dzieła, które miałem przyjemność przeczytać jakiś rok temu:

Miłość wylewa na ziemię coś z piękna i światła niebios. Miłość rozwija najszlachetniejsze cechy człowieczeństwa; często wyprowadza je z wnętrza tych osób, u których nie zapowiadało się, że je posiadają, aż do momentu, kiedy dostali się pod wpływ tej nadrzędnej namiętności. Nie ma nic tak wielkiego, tak trudnego czy wymagającego poświęcenia, do czego ludzie nie odważyliby się i czego nie zrobiliby z inspiracji miłości. Jednak wielkie zwycięstwa miłość odnosi raczej nie przez wspaniałe osiągnięcia czy cudowne przygody, lecz raczej przez niezliczone niewielkie rzeczy, które splatają się, by stworzyć szczęście społecznego życia. Nie możemy kochać jakiejś osoby, nie pragnąc jego lub jej dobra; usiłując świadczyć dobro i zadowalać obiekt naszych uczuć, jesteśmy zmuszeni udoskonalić i upiększyć samych siebie w celu stania się bardziej godnymi odwzajemnienia uczuć naszego ukochanego/ukochanej. To wiedzie nas nie tylko do upiększania się, lecz również do ogłady w manierach i wyrabiania naszych umysłów. Stąd jesteśmy wielce dłużni temu uczuciu za te cechy umysłu i osobowości, które splatają się, by uczynić z nas istoty społeczne; gdyż uczucie to nie bardziej zmusza nas do nabywania tego, co piękne i tego, co przystojne jeśli chodzi o ubranie i zachowanie się, niż do osiągania inteligencji i dobrych manier i otaczania się wszelkimi upiększeniami cywilizacji. Miłość oczyszcza wszystko, czego dotknie. Pod jej wpływem nieokrzesany chłopiec staje się pełnym szacunku młodym jegomościem, a uciążliwa dziewczyna nabiera wrodzonej wytworności damy. Miłość odmalowuje róż na policzkach, dodaje oku nowego blasku i inteligencji, krokom udziela siły i elastyczności, zewnętrznej postawie dodaje wdzięku i godności, sercu odwagi, językowi elokwencji, a każdej myśli użycza poezji. Właściwie miłość jest natychmiast poezją życia i życiem poezji. W każdej epoce miłość inspirowała najbardziej błyskotliwe fantazje wyobraźni i najszlachetniejsze koncepcje literatury i sztuki, stanowiąc wieczny temat, który porusza piórem pisarza i nadaje dźwięk lirze poety. Miłość spoczywa w marmurze rzeźbiarza; miłość czerwieni się na płótnie malarza. I wszystkie te różnorodne ucieleśnienia miłości zyskały powszechne uznanie i podziw w literaturze i sztuce; pióro, dłuto i ołówek dały tylko wyraz głównemu uczuciu ludzkości. Poeta i artysta wyrazili tylko to, co każdy inny człowiek już dawno pomyślał: dali jedynie wymowę, formę i barwę cichym i cienistym obrazom zwykłego ludzkiego serca.

Piękne, prawda? Mi wręcz zaparło dech w piersiach, kiedy to czytałem po raz pierwszy w angielskim oryginale. Nigdy chyba nie czytałem tak wspaniałego i wyczerpującego opisu miłości i jej niezwykłego, pozytywnego pod każdym względem i nieocenionego wpływu na człowieka.

A teraz aż prosi się, by podać twórcę tego przepięknego opisu, tytuł dzieła, z którego ten cytat pochodzi i powiedzieć kilka słów o autorze. I aż boję się to zrobić. Dlaczego? Bo uważam, że powyższy cytat zawiera cenne prawdy, których jednak wielu nie przyjmie tylko dlatego, że to dzieło to "Historia i filozofia małżeństwa. Porównanie poligamii i monogamii", poświęcone jest obronie systemu poligamicznego małżeństwa, a autor - James Campbell, jest człowiekiem całym sercem popierającym tę ideę.

I co? Kiedy już wiesz, o czym jest ta książka i co uważał autor, czy dalej podoba Ci się ten opis miłości? Jeżeli nie, to znaczy, że jesteś ofiarą najgorszych uprzedzeń. Niestety, przykro to powiedzieć, ale taka jest prawda.

I o uprzedzeniach tutaj chcę napisać. Bo to one są zabójcami szlachetnych uczuć. Czyhają na nie i zabijają bez emocji, zimno, bezwzględnie.

Załóżmy teraz sytuację. Mamy małżeństwo. Udane małżeństwo. Mąż kocha swoją żonę jak nikogo na świecie. Ale pojawia się w jego życiu kobieta, oczywiście inna niż jego żona. Jest interesująca, w każdym razie dla niego. Coś zaczęło się rodzić, jakaś iskra powstała. I na tę iskrę czyhają już uprzedzenia. Społeczeństwo wymyśliło sobie, że tego nie wolno. Społeczeństwo wpływa na jego sumienie i dlatego to sumienie mówi mu: "Zabij w sobie to uczucie do innej kobiety. Możesz kochać tylko żonę". Chętnie by kochał tę kobietę, ale opinia publiczna mu nie pozwala. Sumienie tej drugiej kobiety również się odzywa i mówi: "Nie możesz kochać tego mężczyzny, bo on ma żonę". Gotowa byłaby go kochać, szanować, podziwiać, ale nie robi tego, bo się boi. Mogliby się ze sobą spotkać. Mogliby porozmawiać. Mogliby się zaprzyjaźnić. Przyjaźń mogłaby przepoczwarzyć się w zażyłą miłość. Ale to się nie dzieje, bo tych dwoje ludzi znalazło się pod presją nienaturalnych zasad, które przyjęło społeczeństwo. Najczęściej jednak to żona tego mężczyzny prędzej gotowa jest umrzeć, niż pozwolić na relację swojego mężczyzny z inną kobietą. Dlaczego to robi? Bo jest oszukana, omamiona, zmanipulowana przez tysiąckrotnie powtarzane kłamstwo, które stało się dla niej prawdą. Jest omamiona przez społeczeństwo, które wymyśliło sobie, że z poligamicznego związku MUSI być katastrofa. I to społeczeństwo nie pozwala z tym dyskutować, nie pozwala się nad tym zastanowić. Społeczeństwo tak mówi i KONIEC! Tę informację, że mężczyzna ma i może kochać tylko jedną wciska się nam w prasie, literaturze, filmie i programach telewizyjnych.

I w ten sposób uprzedzenia w głowach ludzkich zabijają rodzącą się miłość. Tak, jest to miłość, ale jest dopiero malutka, dopiero co się wykluła i wyrosłaby do dorosłych rozmiarów, gdyby uprzedzenia jej nie zabiły. Mogłaby być piękna, gdyby nie dokonano na niej aborcji. Nie pozwolono się jej urodzić, bo jest inna niż reszta. To jest morderstwo.

Czy powinniśmy na to pozwalać? Jeśli kochasz, czy powinieneś przestać? Jeśli kochasz, czy powinnaś sobie odpuścić? Czy będziesz mógł żyć z tym, że zabiłeś coś pięknego? Czy będziesz w stanie wytrzymać, wiedząc, że pogrzebałaś miłość żywcem? Zadaj sobie to pytanie i odpowiedz na nie szczerze...

wtorek, 29 maja 2012

Sokrates miał dwie żony

Sokrates był bardzo ciekawym człowiekiem. Jego postępowanie imponuje mi, odkąd tylko o nim usłyszałem. Przeczytałem już dawno temu dzieło "Obrona Sokratesa" i jego tytułowy bohater niezwykle mnie urzekł.

Jednak ostatnio dowiedziałem się o tym słynnym filozofie czegoś, czego nie spodziewałem się o nim dowiedzieć. Przytoczę fragment dzieła autorstwa Diogenesa Laertiusa pt. "Żywoty wybitnych filozofów", powstałego w III wieku naszej ery, w którym czytamy o Sokratesie następujące słowa:
"Niektórzy pisarze, włączając w to Satyrosa i Hieronima z Rodos, twierdzą, że były one [Myrta i Ksantyppa] jego żonami w tym samym czasie. Gdyż mówią oni, że w Atenach było niewielu mężczyzn, a chcieli oni zwiększyć populację i wprowadzili dekret, który zezwalał obywatelowi poślubić jedną kobietę ateńską i mieć dzieci z drugą; Sokrates tak uczynił"
Sokrates posiadał więc dwie żony.


Dzisiejsza populacja mężczyzn nie jest co prawda zdziesiątkowana fizycznie, to znaczy nie brakuje mężczyzn, ale śmiało można powiedzieć, że brakuje wśród mężczyzn dobrych kandydatów na mężów. Takie są fakty. Dlatego też między innymi powinno się wprowadzić poligamię, aby cenne, porządne kobiety nie musiały wychodzić za mąż za byle kogo, ale aby otrzymały to, na co w pełni zasługują - na kochających, opiekuńczych mężów.

czwartek, 24 maja 2012

W Polsce jeden facet nie utrzyma dwóch kobiet?

"W Polsce jeden facet nie utrzyma dwóch kobiet" - taki argument ostatnio usłyszałem w dyskusji na temat poligamii i wydawało mi się, że osoba, która to powiedziała, uznała to za definitywne zamknięcie dyskusji. Zdawała się myśleć, że poligamii w Polsce się nie da urzeczywistnić, bo mężczyzna z własnego majątku nie jest w stanie utrzymać więcej niż jednej kobiety.

I z pozoru mi się to zgadzało, ale spokoju nie dawała mi jedna rzecz, a mianowicie fakt, że ta osoba jest zwolenniczką związków partnerskich - takich, w których nie ma "utrzymywania" kobiety przez mężczyznę; takich, w których każde z partnerów zarabia i dokłada się do wspólnego budżetu. A jednocześnie ta sama osoba mówi, że "w Polsce jeden facet nie utrzyma dwóch kobiet" i używa tego jako argumentu przeciwko poligamii. I muszę powiedzieć, że nie ona jedna.

Cóż za niekonsekwencja! Dlaczego ludzie stosują inne normy dla małżeństwa monogamicznego, a inne dla poligamicznego? Sprawiedliwa ocena wymaga stosowania jednakowych kryteriów. Chyba nigdy nie słyszałem (a przynajmniej sobie nie przypominam), aby ktoś odradzał mężczyźnie zawarcie małżeństwa (monogamicznego oczywiście), ponieważ nie stać go z własnej pensji na utrzymanie kobiety i dzieci. We wszystkie małżeństwa, jakie znam, zarówno mąż jak i żona dokładają się do budżetu. Nie znam mężczyzny, który zarabia tyle, aby samodzielnie utrzymać rodzinę. A jednak nikt nie widzi tutaj problemu. Patrzymy na to zupełnie spokojnie. A jednak kiedy rozmowa toczy się na temat poligamii, to od razu pada argument mówiący o tym, że "to niemożliwe, bo facet nie utrzyma dwóch żon" i mówią to ci, którzy są z monogamicznych związkach, a jednak nie stać ich na utrzymanie żony. Takich nawołuję do sprawiedliwego osądu, czyli przykładania jednakowej miary do siebie i do poligamistów.

środa, 16 maja 2012

Niesprawiedliwa opinia publiczna

Ostatnio zastanawiałem się, co ma do powiedzenia opinia publiczna, czyli nasz naród jako całość, na temat poligamii. Nie jestem pewien, ale raczej nie były prowadzone w Polsce badania statystyczne pod tym kątem.

Ale pozwolę sobie chwilę się nad tym zastanowić.

Znam naprawdę wielu ludzi. Pochodzą z różnych środowisk. Jedni są wierzący, inni nie. Wśród wierzących zdecydowanie dominują katolicy, przynajmniej katolikami się nazywają, choć ich katolicyzm pozostawia wiele do życzenia. I teraz, co zaobserwowałem?

Część z nich skłonna jest akceptować homoseksualizm, transseksualizm, transwestytyzm. Nie wdawajmy się w tym miejscu w ocenę moralną tych rzeczy, bo to nie jest temat tego wpisu. Stwierdźmy jedynie, że tego rodzaju "inność" seksualna jest akceptowana. Ludzie akceptują, że ktoś może mieć takie, a nie inne potrzeby seksualne. Ludzie starają się to rozumieć i nie atakować tych ludzi za to.

Ci sami ludzie, o których pisałem powyżej, akceptują małżeństwa gejowskie i lesbijskie. Mówią, że jeżeli geje i lesbijki tego chcą, to powinno się im na to pozwolić w rozumieniu prawa cywilnego.

Ci sami ludzie nie widzą nic złego w tym, że małżeństwa się rozpadają i ludzie zakładają nowe związki i nowe rodziny, często niejednokrotnie w ciągu całego życia.

A teraz najciekawsze: ci ludzie nie akceptują poligamii! A ja się zastanawiam, dlaczego tak jest. Potrafią zaakceptować współżycie ze sobą osób tej samej płci. Argumentują, że to ich wybór i ich sprawa. Potrafią zaakceptować małżeństwa homoseksualne. Argumentują, że jeśli dwóch gejów czy dwie lesbijki tego chcą, to nie powinno im się tego zabraniać. Akceptują rozwody i powtórne małżeństwa. Argumentują to tym, że to nie nasza sprawa, to ich wybór, nie powinniśmy się wtrącać.

Dlaczego w takim razie nie akceptują poligamii? Jeśli stosują taką argumentację, jak ta powyżej, podkreślona przeze mnie, to przecież w przypadku osób, które decydują się na życie w poligamii, to też ich wybór i ich sprawa; jeśli jeden mężczyzna i dwie kobiety tego chcą, to nie powinno się im tego zabraniać; to nie nasza sprawa, to ich wybór, nie powinniśmy się wtrącać.

Apeluję do wszechtolerancyjnej opinii publicznej, aby ze swojej tolerancji nie wyłączała poligamii.

Nawet jeżeli moje powyżej przedstawione założenia co do statystycznej "preferencji" naszego narodu są chybione, to jednak warto się zastanowić, czy sprawiedliwe jest to, że akceptujemy jedną "inność", a potępiamy drugą?

czwartek, 10 maja 2012

Nie wyczerpałeś tematu...

Często w rozmowach na temat wpisów na moim blogu spotykam się ze stwierdzeniem, że "nie wyczerpałem tematu".

Zawsze od razu przyznaję temu rację. Oczywiście, że nie wyczerpałem tematu. W moim rozumieniu blog jest czymś takim, co pozwala na kontynuowanie "wyczerpywania" tematu. Nigdy jeden wpis nie omawia całego problemu. Jeden wpis na blogu jest jak jeden paragraf książki. Dopiero cała książka jest w stanie wyczerpać temat. Choć, jeśli miałbym być szczery, nie ma na świecie książki, która w całości wyczerpywałaby temat, który omawia. Zawsze można coś dopowiedzieć, dookreślić. Nawet autor ukończonej książki czuje pewien niedosyt. Wciąż wydaje mu się, że mógłby pewne rzeczy wyjaśnić lepiej, jaśniej.

Jestem bardzo wdzięczny za każdą osobę, dla której to, co piszę, ma choćby najmniejsze znaczenie. Dobrze, że umieszczacie komentarze. Nawet nie wiecie jak często inspirują mnie one do umieszczenia kolejnego wpisu. Proszę jednak o jedno: Starajcie się komentować wątek zawarty we wpisie. Nie mówcie, że nie wyczerpałem tematu i nie rozpoczynajcie w komentarzach dyskusji na inny temat. To nie jest forum internetowe. To jest blog. Po prostu nie mam ochoty rozwijać dyskusji o sprawach, które często w ogóle nie dotyczą tematu bloga. Oczywiście dobrze jest, jeśli coś zasugerujecie, ale proszę, zachowajcie pewien mądry umiar i postarajcie się zrozumieć, że ten blog się rozwija i nie jestem w stanie wszystkiego na raz napisać. Czasami jakiś wpis jest szybką odpowiedzią na komentarz, więc choćby z racji tego nie rozwijam każdej myśli dogłębnie. Zawsze jednak planuję ująć daną myśl szerzej w innym miejscu.

Jestem zwolennikiem nierozgałęzionej dyskusji. Co mam na myśli? Lubię, kiedy dyskusja ma temat, którego się mniej lub bardziej trzymamy. Nie lubię, kiedy dyskusja niepotrzebnie zbacza z wyznaczonego toru i zamiast dyskutować o meritum, omawiamy mnóstwo pobocznych i mniej istotnych zagadnień. W efekcie w takiej dyskusji po chwili każdy z nas się gubi i już trudno wyjaśnić, o co tak naprawdę każdej ze stron chodzi. Dodatkowe utrudnienia stanowi fakt, że dyskutujemy pisemnie. Pisemne wyrażanie myśli niekiedy rodzi nieporozumienia, bo ktoś niezbyt uważnie czyjąś wypowiedź przeczytał, ten ktoś musi temu drugiemu wyjaśniać, że nie miał tego na myśli, itd.

Jeszcze do jednego zachęcam. Czytajmy ze zrozumieniem. Zanim zostawisz komentarze, przeczytaj trzy razy wpis. Bardzo często mi się zdarzało, że ktoś robił zarzut, a zrobił tak tylko dlatego, że umknęło mu jakieś zdanie. To samo dotyczy zadawanych przez Was, drodzy czytelnicy, pytań. Nie zadawajcie pytań, na które odpowiedzi już padły. Przepatrzcie najpierw wszystkie wpisy i komentarze - być może odpowiedź na Wasze pytanie już się tam znajduje.

wtorek, 8 maja 2012

Czy jest to blog, którego nikt nie czyta?

Ostatnio w jednym z komentarzy, pewien człowiek zastanawiał się, po co prowadzę bloga, którego nikt nie czyta. Mniemam, że jest to rodzaj argumentu, który miał się odwołać do uczuć czytelników, a może też i moich. Zamierzenie było być może takie, by tym stwierdzeniem "poniżyć" to co piszę. Nie wiem na pewno, ale tak zakładam.

Już rozwiewam ten oto argument. Tego bloga ktoś jednak czyta. Mam ustawioną funkcję, by licznik odwiedzin nie uwzględniam wyświetleń stron z mojego komputera, więc fakt, że ja przeglądam moje wpisy nie powoduje "nabijania" licznika. A jednak odwiedzin jest względnie dużo. Ze statystyk wynika, że przynajmniej dwie osoby dziennie tutaj zaglądają. Ale to tylko średnia z ilości odwiedzin. Czasami zdarza się, że nie ma nikogo, ale zdarzają się też przypadki masowych odwiedzin, np. 50 dziennie. Tak więc tego bloga ktoś czyta i takich osób wcale nie jest tak mało. Oczywiście pragnąłbym, aby tych odwiedzin było więcej. Tutaj chciałem tylko udowodnić, że twierdzenie, iż jest to blog, którego nikt nie czyta, jest bezpodstawne.

Niesprawiedliwa poligamia?

Ostatnio pod jednym z wpisów dostałem komentarz, do którego chciałem się ustosunkować. Autor zostawił ten komentarz, jednak stwierdził, że nie będzie już odwiedzał tego bloga i nie zapozna się z moją odpowiedzią na jego argumentację. Ja jednak odpowiem, ponieważ poruszył ciekawą kwestię, którą jak do tej pory nie zająłem się na łamach tego bloga. Oto interesujący nas fragment treści tego komentarza: 

"Jeśli wolno mi wtrącić swoje trzy grosze-
- sądzę, że w przypadku poligamii wystarczy jeden jedyny argument przeciw, by wszystko stało się jasne. System, w którym jeden mężczyzna mógłby poślubić więcej niż jedną kobietę (bo o takiej poligamii piszesz, z czego wnioskuję po jednym ze starszych wpisów), jest niesprawiedliwy choćby dlatego, że nie działa w drugą stronę: jedna kobieta nie może poślubić wielu mężczyzn. Dać prawo posiadania wielu partnerek mężczyźnie, nie przyznając tego samego prawa kobiecie - prawa do posiadania wielu partnerów - to tworzenie nierówności i niesprawiedliwość. Kobieta jest człowiekiem, tak jak mężczyzna jest człowiekiem. Ich pragnienia są takie same, a nawet, gdyby często wcale nie były, wystarczy założyć, że mogą być. Mówimy przecież o wartościach niewymiernych. Dlatego poligamia jest niesprawiedliwa. System "jeden na jeden" to jedyne sprawiedliwe rozwiązanie"


Mój adwersarz stwierdza po pierwsze, że "w przypadku poligamii wystarczy jeden argument przeciw, by wszystko stało się jasne". Nie tylko zasada ta nie działa w przypadku dyskusji o poligamii, ale nie działa przy omawianiu jakiegokolwiek innego tematu. Jeżeli stos argumentów przemawia za czymś, a jeden argument mamy przeciwko, to ten jeden argument nie powinien nas skłaniać do odrzucenia tezy, którą popiera stos innych argumentów. Żaden uczciwy filozof tego nie zrobi. Zrobi to tylko osoba, która jest na tyle uprzedzona do jakiejś idei, że wystarczy jej jeden głos przeciwko, aby odrzucić wszystkie inne racjonalne argumenty.


Główny zarzut mojego adwersarza brzmi: Poligamia jest niesprawiedliwa, ponieważ jeden mężczyzna może mieć więcej niż jedną partnerkę, natomiast jedna kobieta nie może mieć więcej niż jednego partnera.


Zezwolenie na posiadanie przez jednego mężczyznę więcej niż jednej partnerki przy jednoczesnym zakazie posiadania przez jedną kobietę wielu partnerów wynika bezpośrednio z prawa naturalnego. Mam nadzieję opisać to szerzej w oddzielnym wpisie. Na potrzeby krótkiego rozważania stwierdzę tylko kilka rzeczy.

Po pierwsze, po równo nie zawsze oznacza sprawiedliwie. Mój adwersarz stwierdza, że gdyby kobieta również miała pozwolenie na posiadanie partnera, to byłoby sprawiedliwie. Otóż, byłoby po równo, ale posiadanie przez dwie różne jednostki jednakowych praw niekoniecznie jest sprawiedliwa. Sprawiedliwość nie polega na równym, lecz na mądrym rozdzielaniu praw i obowiązków. Bycie mężem to sprawowanie odmiennej roli niż żona. Bycie rodzicem polega na czym innym niż bycie dzieckiem. Bycie szefem jest czym innym niż bycie podwładnym. Sprawiedliwość to nie tylko prawa (tutaj prawo do posiadanie przez kobietę więcej niż jednego męża), ale też wynikające z tego prawa obowiązki, powinności, które należy spełnić (a spadłyby na kobietę, która posiadając wielu mężów musiałaby być głową domu). Nie byłoby sprawiedliwe, gdyby rodzice i ich dzieci posiadali jednakowe prawa, ponieważ zatarłaby się różnica pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Nie byłoby sprawiedliwe wymagać od dziecka spełniania takich samych obowiązków, jakie spoczywają na jego rodzicach, ponieważ dziecko nie jest przygotowane na przejęcie takiej odpowiedzialności. Nie byłoby sprawiedliwe, gdyby szefowie i ich podwładni posiadali jednakowe prawa, ponieważ zatarłaby się różnica pomiędzy  szefem a podwładnym. Nie byłoby sprawiedliwe wymagać od podwładnego spełniania takich samych obowiązków jak jego szef, ponieważ podwładny nie jest przygotowany na przejęcie takiej odpowiedzialności. Analogicznie (choć nie całkowicie tak samo) rzecz ma się w przypadku relacji mąż-żona. Mają do spełnienia odmienne role i nie byłoby sprawiedliwe dać im te same prawa i przywileje, a także wymagać od nich tego samego. Przy okazji powiem, odnosząc się do wypowiedzi mojego adwersarza, jakoby poligamia to było "fiku-miku z dwoma paniami na raz", i stwierdzę, że małżeństwo to bardzo poważna instytucja, gdzie występują prawa i obowiązki i nie jest to zwykłe "fiku-miku". Gdyby małżeństwo ograniczało się do robienia "fiku-miku" to rzeczywiście po równo byłoby sprawiedliwie.

Po drugie (co wynika bezpośrednio z pierwszego), Bóg (lub jak kto woli Natura)* nie obdarzył mężczyzny i kobiety po równo. Mamy dwie różne płcie i zdecydowanej większości ludzi to nie przeszkadza, a wręcz im się te różnice podobają. Kobieta nie zazdrości mężczyźnie posiadania penisa, ani mężczyzna nie zazdrości kobiecie posiadania piersi. I nie tylko to. Kobieta ma na przykład piękny przywilej macierzyństwa, którego ja posiadał nigdy nie będę. I nie będę głosił wszem i wobec swojego sprzeciwu wobec Bożego postanowienia i nie będę się żalił, że potraktowano mnie niesprawiedliwie. Przyznam, nie dał mi i mojej żonie po równo. To trzeba stwierdzić. Jednak uważam, że potraktował nas sprawiedliwie, ponieważ sprawiedliwie udzielił mężczyźnie innych praw i przywilejów niż kobiecie. Sprawiedliwie nałożył na kobietę inne obowiązki niż na mężczyznę. Inne predyspozycje - inne role.

I wreszcie, naturalne prawo do posiadania przez mężczyznę więcej niż jednej żony przy jednoczesnym zakazie posiadania przez kobietę więcej niż jednego męża wynika właśnie z tego, że mężczyzna i kobieta są inni. Moją inne prawa i obowiązki. Mają inne predyspozycje biologiczne i emocjonalne do pełnienia określonych ról. Tak więc prawo męża do poligamii i zakaz poligamii żony rzeczywiście jest przejawem nierównego potraktowania przez Boga (lub jak kto woli Naturę)*, co w ogóle nie oznacza, że jest bardzo sprawiedliwe. Inne predyspozycje - inne role. To jest bardzo sprawiedliwe.

Tak więc, drogi adwersarzu, który zgodnie ze złożoną przez siebie obietnicą nieodwiedzania nigdy więcej tego bloga, nie przeczytasz niestety mojej odpowiedzi i nie dowiesz się, że twój argument, wbrew twoim zapewnieniom, nie obala sprawiedliwego prawa naturalnego, według którego mężczyzna może mieć więcej niż jedną żonę, natomiast kobieta nie może mieć więcej niż jednego męża.







* Nie utożsamiam tutaj osobowego Boga z Naturą. Zdanie z nawiasie, a mianowicie "lub jak kto woli Natura", wstawiłem z myślą o tych, którzy w osobowego Boga nie wierzą. Spotykane jest w języku polskim rozumienie słowa "natura" w sensie «przyrody jako siły kształtującej organizmy żywe, zwłaszcza ludzi», np. Otrzymać od natury zdolności muzyczne; Natura była dla niego szczodra, itd. (Słownik Języka Polskiego PWN)

piątek, 27 kwietnia 2012

Czy zawarcie małżeństwa jest rytuałem kościelnym?

Czemu staram się odpowiedzieć na to pytanie na łamach bloga poświęconego poligamii. Otóż, we wpisie pt. "Poligamia poszerza horyzonty" napisałem: "System poligamiczny od monogamicznego różni się nie tylko liczbą "dozwolonych" żon. Różnic jest wiele i dotyczą one nie tylko zagadnień społecznych lecz również wszystkiego, co dotyczy płciowości". I tak rzeczywiście jest. System "przymusowej monogamii" powstał w specyficznym kręgu ludzi. Byli to ludzie, którzy generalnie podchodzili źle do płciowości i relacji damsko-męski, narzucili na te dziedziny życia "jarzma nie do uniesienia". Zakaz poligamii to jedynie jeden z efektów tego rodzaju myślenia. Dlatego, jak już wcześniej stwierdziłem, na łamach tego bloga będą obalane wszystkie mity, które stanowią podbudowę doktrynalną monogamistów.

Jednym z takich mitów jest ŚLUB.

Moi znajomi ostatnio zdecydowali się na zawarcie związku małżeńskiego. Z racji tego, że należą do kościoła, który nie posiada ustawy regulującej stosunki państwo-kościół, a działa jedynie w oparciu o ustawę o wolności sumienia i wyznania, nie mogli wziąć ślubu konkordatowego. Wzięli więc najpierw ślub cywilny (a było to wczoraj), a jutro odbędzie się ślub kościelny.

Zwróćmy uwagę na słowa, których użyłem: byli zmuszeni. No właśnie, byli zmuszeni, ale przez kogo?

Są to ludzie wierzący w to, że Biblia jako spisane Słowo Boże i jedynie ona, stanowi podstawę do formułowania sądów na temat tego, co jest moralne, a co nie jest moralne. A jednak byli zmuszeni do wzięcia dwóch ślubów. Kto ich do tego zmusił? Czy Bóg?

Biblia zawiera wiele przepisów dotyczących sposobu, w jaki należy wieść swoje życie. Przykazania i zalecenia te dotyczą wszystkich dziedzin życia. Niektóre są szczegółowe, inne zaś ogólne. Jak to jest w przypadku ślubów? Krótko: z Biblii wynika, że jedyną rzeczą, jakiej Bóg wymaga przy zawarciu małżeństwa jest złożenie publicznego oświadczenia o tym fakcie wobec społeczności wśród której ludzie wstępujący w związek małżeński się obracają. Aby małżeństwo było ważne, MUSI dojść do fizycznego połączenia małżonków. To by było na tyle, jeśli chodzi o biblijne wskazania.

Ludzie jednak zbudowali cały system wymyślonych praktyk dotyczących obrzędu (bo tak to chyba należałoby nazwać) zawarcia związku małżeńskiego, których nierzadko nie tylko nie można znaleźć w Biblii, lecz także stoją z tą księgą w zupełnej sprzeczności.

Do takich stojących w sprzeczności obrzędów należy współczesny obrzęd ślubu. W kościołach chrześcijańskich całość obrzędu zaczyna się od nabożeństwa (ew. mszy) ślubnego. Wymaga się, aby małżonkowie nie współżyli aż do tego czasu. Wielu wierzy, że nie powinno między nimi dojść wręcz do żadnych czynności seksualnych z przytulaniem się i pocałunkiem włącznie, co stanowi bardzo dyskusyjną kwestię.

Na owym nabożeństwie pastor/ksiądz "udziela ślubu". Co to w ogóle ma znaczyć?! Czy potrzebuję pozwolenia duchownego na zawarcie małżeństwa? W Biblii nie ma o tym ani słowa. Mowa jest natomiast o umowie zawieranej pomiędzy rodzicami osób wstępujących w związek małżeński (Księga Tobiasza). Żadna osoba nie posiada prawa do udzielenia bądź nieudzielenia komukolwiek ślubu.

Pod koniec nabożeństwa ogłasza się, że pan X i pani Y są małżeństwem. Jak to są małżeństwem? Przecież wymagano od nich, aby nie współżyli przed ślubem, w trakcie nabożeństwa w sposób oczywisty do niczego nie doszło, więc jakim cudem można ogłosić że są małżeństwem? Otóż, według Biblii, nie są oni jeszcze małżeństwem, dopóki nie dojdzie do fizycznego zbliżenia. Koniec kropka.

Potem następuje wesele, na którym właściwie nie ma się z czego cieszyć. Jak to? - zapytasz. Ano tak to. Małżeństwo nie zostało jeszcze zawarte, więc z czego mam się cieszyć. W kulturze żydowskie na przykład było logicznie: najpierw dochodziło do zbliżenia, a potem było wesele. I, według Biblii, tak właśnie być powinno.

Całość kończy się nocą poślubną. Przyjrzyjmy się terminowi noc poślubna. Jak już powiedziałem - ślub zostaje zawarty wtedy, kiedy dochodzi do zbliżenia. Tak więc noc, podczas której dochodzi do zbliżenia, nie może być nocą poślubną, gdyż jest to noc ślubna. Noc poślubna to następna noc po nocy ślubnej.

Teraz w kwestii dwóch ślubów.

Katolicy i niektóre inne wyznania chrześcijańskie mają ślub konkordatowy. Duchowny pełni wtedy również obowiązki urzędnika stanu cywilnego. Tak więc oba śluby są załatwione za jednym razem.

Jednak inne wyznania praktykują dwa śluby, czego właśnie nie potrafię zrozumieć. Moi znajomi złożyli ślubowanie o wzajemnej wierności już wczoraj w Urzędzie Stanu Cywilnego. Jaki więc ma sens to, co będzie się działo jutro? Jaki sens ma odgrywanie scenki, gdzie wszyscy będziemy udawali, że we czwartek nic się nie wydarzyło?

Moi znajomi są więc zmuszeni do dwóch ślubów. Kto ich zmusza? Czy Bóg? Powyższe rozważanie chyba udowodniło, że nie. To ludzie, ludzkie tradycje zmuszają ich do robienia tego.

Ja i moja żona mamy ślub cywilny. Byliśmy namawiani do wzięcia ślubu kościelnego, jednak uważamy, że to zbyteczne i nie daliśmy się przekonać. Nie lubię odgrywania scen i nie dam się do tego zmusić. Uważam, że zrobiliśmy dosłownie wszystko, jeśli chodzi o wymagania Boga. Wymagania ludzi nas nie interesują.

niedziela, 4 marca 2012

"Czy Żyd może mieć dwie żony" - bardzo ciekawy artykuł w Rzeczpospolitej

Zamieszczam link, który dostałem od znajomej osoby, a który jest niezwykle interesujący ze względu na to, że pokazuje, iż poligamia nie jest zarezerwowana dla islamu czy mormonizmu, lecz stała się przedmiotem debaty dla innych religii - w tym przypadku jest nią JUDAIZM.


źródło: "Rzeczpospolita"

Organizacja Habayit Hayehudi Hashalem rozpoczęła kampanię, w której domaga się zalegalizowania poligamii w judaizmie. Rabin Jehezkel Sopher - szef grupy, słusznie stwierdza, że Tora nie zabrania mężczyźnie posiadania więcej niż jednej żony oraz że przymusowa monogamia zaczęła obowiązywać Żydów pod wpływem nauczania chrześcijaństwa zachodniego.

Wśród minusów zakazu poligamii i narzucania ludziom przymusowej monogamii, rabin wskazuje na fakt, że zakaz posiadania przez mężczyznę więcej niż jednej żony uniemożliwia wielu kobietom wstąpienie w związek małżeńskich, ponieważ istnieje więcej kobiet w wieku produkcyjnym (zdolnych do małżeństwa) niż mężczyzn w wieku produkcyjnym.

W artykule wspomniany jest także popularny w USA Kody Brown - główny bohater znanego amerykańskiego programu telewizyjnego "Cztery żony i mąż". Rodzina Brown'ów uważa, że prawo zakazujące mężczyźnie posiadania więcej niż jednej żony stoi w sprzeczności z amerykańską konstytucją. Jonathan Turley adwokat państwa Brown oskarża prawo amerykańskie o obłudę, wskazując, że nie zabrania ono posiadania kochanek oraz przedmałżeńskich romansów, a zakazuje posiadania więcej niż jednej żony.

Artykuł kończy się ciekawą konkluzją. Skoro prawo wielu krajów zezwala na wstępowanie homoseksualistów w zalegalizowane prawnie związki, to dlaczego zabrania się tego poligamistom?

czwartek, 26 stycznia 2012

Argument z pisma mormońskiego

Ostatnio znalazłem w sieci bardzo interesujący argument "za" poligamią. Jest to argument bardzo biblijny, mocno osadzony na fundamentach Pisma Świętego i jego zrozumienia pewnych terminów. A co mnie najbardziej zaskoczyło (pozytywnie oczywiście) to fakt, że argument ten pochodzi z mormońskiego pisma, zwanego Doktryny i Przymierza. Oto i on:

"[I]f any man espouse a virgin, and desire to espouse another,and the first give her consent, and if he espouse the second, and they are virgins, and have vowed to no other man, then is he justified; he cannot commit adultery for they are given unto him; for he cannot commit adultery with that that belongeth unto him and to no one else. And if he have ten virgins given unto him by this law, he cannot commit adultery, for they belong to him, and they are given unto him; therefore is he justified."

A oto moje własne tłumaczenie tego tekstu na język polski:

"Jeśli ktoś poślubi dziewicę, i pragnie poślubić kolejną, i ta pierwsza udziela na to zgody, i jeśli poślubi on drugą, i są one dziewicami, i nie składały ślubów innemu mężczyźnie, w takim wypadku jest on [ten mężczyzna - przypis mój] usprawiedliwiony; nie może on popełnić cudzołóstwa, gdyż zostały one [te kobiety - przypis mój] mu dane; gdyż nie może on popełnić cudzołóstwa z kimś, kto należy do niego i nie należy do nikogo innego. I jeśli ma on dziesięć dziewic danych mu na mocy tego prawa, nie może on popełnić cudzołóstwa, gdyż należą one do niego, i są mu dane; dlatego też jest on usprawiedliwiony"

Doktryna i przymierza 132:61-62