Grupa Facebook'owa "Dwie plus jeden"

Wszystkich zwolenników poligamii zapraszam do członkostwa w grupie "Dwie plus jeden" na Facebooku, której jestem założycielem i administratorem.

https://www.facebook.com/groups/dwiaplusjeden/




niedziela, 24 listopada 2013

Nie z tego świata...

Na początku trzeba sobie powiedzieć jasno, że wszystko, co na tym świecie się dzieje ma podstawę w relacjach międzyludzkich. Gdyby ich nie było, ludzkość nic by nie osiągnęła. Podstawą cywilizacji są stosunki pomiędzy ludźmi i sposób, w jaki są regulowane. Społeczeństwo ustala pewne zasady, co do zawierania znajomości, przyjaźni, relacji partnerskich, narzeczeństw, małżeństw. Te zasady nie są oczywiście spisane, ale uczymy się ich od samego początku naszego życia. Obserwujemy świat, stawiamy pierwsze kroki, poznajemy te zasady punkt po punkcie, nawet nie zauważając, kiedy to się dzieje. W momencie, kiedy jesteśmy już dorosłymi ludźmi zasady dotyczące stosunków między ludźmi, wpajane nam od urodzenia, stanowią integralną część naszej osobowości. Rozumujemy na bazie tych aksjomatów, z góry ustalonych założeń. Wyciągamy wnioski, dedukujemy, rozważamy i dyskutujemy, ale to wszystko opiera się na wpojonych nam aksjomatach, które niezwykle rzadko kwestionujemy, a jeszcze rzadziej zauważamy.

Kiedy w naszym życiu pojawia się ktoś, kto poddał w wątpliwość ustalone z góry aksjomaty i żyje w oparciu o zupełnie inne zasady, wywołuje to w nas raczej gwałtowne emocje. Jest to dla nas istota nie z tego świata, dziwak, ekscentryk, osobliwość. Reagujemy różnie: wyśmiewamy to, obrażamy, nienawidzimy, czujemy do tego niechęć, odrazę, boimy się tego. Niejedni ulegają nawet pokusie zwalczania obcych im zjawisk. W najlepszym przypadku ludzie traktują takiego napotkanego ekscentryka jak eksponat w muzeum, wybryk natury lub małpę w cyrku, na którą nie zaszkodzi popatrzeć.

Ale bardzo niewielu zatrzyma się, by się zastanowić: Ten człowiek prezentuje zupełnie inne wartości nić moje. Ale czy są one złe? Czy moje są lepsze tylko dlatego, że są moje? Czy mam rację tylko dlatego, że wierzę w to, w co większość wierzy? Gdyby wielcy odkrywcy, filozofowie, myśliciele i naukowcy wszystkich wieków bali się myśleć inaczej niż przeważająca większość, ludzkość nigdy nie cieszyłaby się ich osiągnięciami. Czy mogę przejść wobec tego obok? A jeśli to "inne rozumowanie" jest słuszne? A co jeśli przyjmując to "inne rozumowanie" mogę uczynić moje życie szczęśliwszym?

Do osobliwości, o których mowa należą w naszym społeczeństwie ludzie, którzy akceptują poligamię. A jest tak, ponieważ akceptacja poligamii powoduje całkowitą rewolucję w świecie zasad moralnych i reguł określających stosunki międzyludzkie. Człowiek, który zaczyna akceptować poligamię, zaczyna czuć się obco w świecie, w którym narzucana jest monogamia, a reszta świata z kolei traktuje go jako obcego dla siebie.

No dobrze, a w jaki to sposób poligamia rewolucjonizuje postrzeganie świata? Na wiele sposobów, ale ja podam przykład z ostatniego tygodnia. Poznałem kobietę: ładną, kobiecą, zdolną, pracowitą. Zaczęliśmy rozmawiać. Odniosłem wrażenie, że bardzo dobrze nam się rozmawia, że miło nam spędzać ze sobą czas. Rozmawialiśmy na Gadu Gadu, nawet na chwilkę się spotkaliśmy. I dla mnie było w porządku. Ale dla niej nie. Ona zaczęła zauważać, że "jakoś dziwnie zacząłem się zachowywać". A co ją zdziwiło? Ano to, że wiedziała, że jestem żonaty, a zacząłem się do niej spoufalać. W jej głowie podniósł się alarm: "Ten facet jest zły. Ten facet ma żonę, a spoufala się do Ciebie. To nie dobrze tak robić. Ten facet jest zły...". To jest właśnie aksjomat myślenia, o którym wspomniałem powyżej, aksjomat na stałe wdrukowany w naszą duszę. Kobieta wychowana w kulturze poligamicznej patrzyłaby na tę sytuację zupełnie inaczej, nieprawdaż?

Dlaczego tak stwierdziła? Bo według wdrukowanego w nią aksjomatu żonaty mężczyzna myśli wyłącznie o swojej żonie, i ani mu w głowie inne kobiety. Tyle z dziedziny mitu. A teraz fakty: Drogie panie, mężczyźni, którzy myślą wyłącznie o swojej żonie i nie dostrzegają wokół siebie innych kobiet, NIE ISTNIEJĄ. Możesz tupać, krzyczeć, sprzeciwiać się, zedrzeć skórę z twarzy w odruchu buntu, tłuc głową w mur, ale to nic nie zmieni. Fakt, jest taki okres, zaraz po spotkaniu "kobiety swojego życia", kiedy mężczyzna rzeczywiście nie widzi poza nią świata, ale to stosunkowo szybko mija i wszystko wraca do naturalnego stanu rzeczy. A naturalny stan jest taki, że pomimo iż u boku mężczyzny jest najwspanialsza i najpiękniejsza kobieta świata, to i tak przynajmniej "zawiesi oko" na innej kobiecie, a najczęściej nie tylko "zawiesi oko", ale również zacznie z nią flirtować, a dość często skończy się to romansem małym lub dużym. Dość hipokryzji! Wszyscy wiecie, że taka jest prawda! Ale Ty, moja droga, jeśli myślisz, że istnieją rycerze na białym koniu, to jest tak tylko dlatego, że zostałaś metodycznie wyszkolona, żeby tak myśleć, lecz dobrze wiesz, że od czasu do czasu do Twojego baśniowego świata rodem z bajek Walta Disneya, przebijają się obrazy prawdziwej rzeczywistości, którą uparcie, dzień za dniem, negujesz na wszelkie możliwe sposoby. Ale Ty wciąż wierzysz, jeśli nie jesteś jeszcze w związku, że Tobie się taki rycerz przytrafi. Czytaj to bardzo uważnie i zapamiętaj na zawsze: NIC TAKIEGO CI SIĘ NIE PRZYTRAFI.

Ja nie chcę powiedzieć, że nie istnieją kochający i opiekuńczy mężczyźni, którzy oddają siebie, aby uszczęśliwić swoją żonę. Oczywiście, że istnieją. Znam takich wielu. Nie istnieją jednak mężczyźni, którzy nie fantazjują o innej kobiecie i nie wdali się przynajmniej raz w mały romansik w pracy lub gdziekolwiek indziej. Ja nie widzę w tym nic złego, kompletnie nic złego. Ponieważ nie ma w tym nic złego. Ale nie w Twoim świecie, prawda? W Twoim świecie to jest zbrodnia! W moim świecie to jest prawo natury. Ty żyjesz w świecie baśni, ja po prostu stąpam twardo po ziemi. Ty dążysz do osiągnięcia nieosiągalnego, ja staram się pogodzić się z faktami i nauczyć się z nimi żyć. Ty jesteś z tych, którzy budują tamy kosztem setek ludzkich tragedii, tamy, które rzeki i tak rozrywają. Ja jestem z tych, którzy budują tam, gdzie rzeki im nie zagrażają.

Ja nie udaję jak setki moich kolegów i znajomych. Nie wmawiam swojej żonie, że jest jedną jedyną, a potem nie idę na piwo z kolegami i nie obmacujemy wzrokiem innych kobiet. Ja jestem po prostu szczery. Moja żona już to rozumie i, co może Cię bardzo dziwić, nasz związek stał się przez to o niebo dojrzalszy. Wie, że jej nie opuszczę, kiedy spotkam inną. Wie, że nie będę jej oszukiwał, ponieważ kiedy poznam jakąś godną zainteresowania kobietę, od razu jej o niej powiem. Prawda wyswobodziła najpierw mnie, a potem ją, ze świata fantastyki i przeniosła do świata rzeczywistości. Dla Ciebie to może być absurdalna abstrakcja, ale takie są fakty.

Marzę, że nadejdzie dzień, kiedy ludzie odłączą się od Matrixa ścisłej monogamii, kiedy zrozumieją, że byli permanentnie okłamywani, że uwierzyli w tysiące razy powtarzane kłamstwo. Marzę o dniu, kiedy zrozumieją, że nie muszą już więcej słuchać tych niedorzeczności, że mogą tworzyć wspaniałe rodziny gdzie jest więcej niż jedna żona, gdzie dzieci są szczęśliwe. Znam takie rodziny. Takie rzeczy istnieją. Marzę, że nadejdzie dzień, kiedy spotkam kobietę i zainteresuję się nią, a ona nie powie mi, że "to nie wypada", "to nie przystoi", "tak nie można", "ale Ty masz żonę", itd., i nie powie tak nie dlatego, że jest kobietą lekkich obyczajów, ale będzie porządną i moralną damą. Marzę o dniu, kiedy system społeczny, zbudowany na wymyślonym w III wieku naszej ery kłamstwie o monogamii, przestanie istnieć. Marzę o dniu, kiedy nie będę już musiał czuć się jak kosmita tylko dlatego, że jestem normalnym mężczyzną. Marzę o dniu, kiedy ten nieprawdopodobny absurd i farsa wreszcie się skończy...

sobota, 7 września 2013

Dlaczego nie poliandria?

Rozmawiam z ludźmi o poligamii dość często. Nie wstydzę się swoich poglądów, czyli tego, że akceptuję poligamię, ponieważ uważam, iż nie ma się czego wstydzić. Ludzie obnoszą się z wieloma rzeczami, które są obiektywnie złe. Z racji tego, że prowadzę wiele rozmów, spotykam się z różnego rodzaju argumentacją przeciwko poligamii.

Rozmowy z mężczyznami są zdecydowanie łatwiejsze. Albo jest zabawnie (choć nie lubię, kiedy ktoś traktuje poligamię jako powód do żartów) albo mężczyźni po prostu zgadzają się, że mężczyzna powinien móc mieć więcej niż jedną żonę jednocześnie.

Gorzej z kobietami. Kiedy tylko stwierdzam, że uważam, iż mężczyzna powinien móc mieć więcej niż jedną żonę, wtedy od razu, natychmiastowo, w niemal 100% przypadków słyszę: "Ciekawe co byś powiedział, gdyby Twoja żona znalazła sobie drugiego faceta?". Mowa tutaj o poliandrii, czyli małżeństwie, w którym to kobieta poślubia więcej niż jednego mężczyznę.

Na postawione powyżej pytanie odpowiadam tak: Rozmawiam z żoną o sprawach małżeństwa i różnych jego form. Żona zgadza się z tym, iż nie ma nic złego w sytuacji, kiedy mężczyzna posiada więcej niż jedną żonę. Kiedy natomiast rozmowa toczy się na temat poliandrii, żona mówi, że nigdy nie potrafiłaby zakochać się w kimś innym niż ja. I taka jest właśnie natura kobiety, a mowa o kobiecie normalnej. Normalna kobieta nie ma w naturze poszukiwania przygód, zdobywania, walki, itp. Normalna kobieta szuka harmonii, stabilizacji, uporządkowania w życiu. Normalna kobieta, a wynika to z obserwacji, chce miłości tylko jednego mężczyzny, chce dawać siebie fizycznie i mentalnie tylko jednemu człowiekowi. To mężczyzna jest obdarzony naturą zdobywcy.

Poliandria, czyli związek jednej kobiety z wieloma mężczyznami, zakłada, że osią małżeństwa jest kobieta. To wokół niej wszystko się kręci. To ona "rozdaje karty". Siłą rzeczy to ona stanie się w takim małżeństwie organem decyzyjnym, a nie ma do tego po prostu predyspozycji. Normalna kobieta nie ma władczych aspiracji, zdolności przywódczych, a właściwie to nie ma nawet chęci przewodzenia. Kobieta zmaga się z wieloma słabościami, burzą hormonów, jest emocjonalna, nie potrafi podejmować "męskich decyzji", kieruje się w podejmowaniu decyzji uczuciami zamiast zimnym rozumem. To wszystko dyskwalifikuje ją jako potencjalną oś małżeństwa, co z kolei dyskwalifikuje poliandrię.

Osoby, które próbując obalić ideę poligamii, przywołują "argument poliandryczny" zdradzają swoją krótkowzroczność. Małżeństwo jest instytucją, która ma określone cele, które chcąc osiągnąć, musi się wykazać odpornością na przeciwności życiowe i praktycznością. Poliandria nie zdaje tego egzaminu.

Kiedy w rodzinie składającej się z mężczyzny i dwóch kobiet, wszyscy członkowie chcą mieć dzieci w danym momencie, jest to absolutnie możliwe. W poliandrii nie jest to możliwe, ponieważ kobieta nie może zajść w ciążę w dwoma mężczyznami na raz. Najpierw urodzi dziecko jednemu, podczas gdy drugi musi czekać. Mężczyzna, w którego naturze jest chęć posiadania potomstwa, musi czekać bardzo długo, zanim żona będzie mogła urodzić jego dziecko. Poza tym, kiedy dwóch mężczyzn współżyje równolegle z jedną kobietą, ciężko będzie określić, czyje dziecko kobieta ta nosi w łonie. Oczywiście można zrobić badania DNA, ale zaważmy, jak wiele komplikacji to powoduje.

Normalna kobieta ma dużo niższy pociąg seksualny niż normalny mężczyzna. Poliandryczne małżeństwo złożone z normalnej kobiety i normalnych mężczyzn, nie jest w stanie zapewnić wszystkim zaspokojenia w sferze seksualnej. Właściwie trzeba powiedzieć, że kobieta, chcąc zaspokoić swoich mężów, będzie musiała zmuszać się do współżycia. Ktoś może od razu powiedzieć, że sprowadzam wszystko do seksu, ale czyż nie jest to bardzo istotna sfera małżeńskiego życia? W poligamii nie ma tego problemu. Normalny mężczyzna ma mniej więcej dwukrotnie wyższe libido niż normalna kobieta. W przypadku, kiedy będzie on posiadał dwie żony, wszyscy będą zaspokojeni i zadowoleni seksualnie.

Kto w poliandrii będzie podejmował "męskie decyzje"? Dobrze wiemy, że zasada partnerstwa, czyli "kobieta i mężczyzna mają jednakowy głos" nawet w monogamicznym małżeństwie się nie sprawdza. Normalna kobieta liczy, że mąż weźmie sprawy w swoje ręce i nie ma w tym absolutnie nic złego, pod warunkiem, że mąż nie nadużywa tego. A kiedy w małżeństwie będziemy mieli dwóch mężczyzn, jak myślisz, kto będzie głową domu? Ja Ci to powiem: obaj. I stworzy to tak niesamowite napięcie, że atmosfera w takim domu będzie nie do zniesienia. No chyba że panowie zrezygnują z prawa podejmowania "męskiej decyzji" i zostawią to wszystko na głowie żony, co skończy się niewątpliwie jeszcze większą katastrofą.

A teraz zapraszam do przeczytania tego wpisu "Poligamia w ujęciu statystycznym", z którego dowiemy się, że "pośród istniejących w latach 1960-1980 (a więc właściwie współcześnie) 1231 społeczeństw: tylko 186 jest monogamicznych, 453 praktykuje poligynię okazjonalnie, 588 często praktykuje poligynię, natomiast jedynie 4 społeczeństwa są poliandryczne. Inaczej mówiąc społeczny zakaz poligamii występuje w 186 społeczeństwach, w 1041 (453+588) społeczeństwach poligamia jest całkowicie akceptowana, natomiast poliandria występuje jedynie w 4". Ścisła monogamia jest więc zwykłym mitem, poligamia przeważa, natomiast poliandria jest szczątkowym zjawiskiem. Dlaczego tak jest? To proste: okazuje się, że naturalną rzeczą jest poligamia i monogamia, natomiast poliandria funkcjonuje JEDYNIE w 4 społeczeństwach! I muszę powiedzieć, że w każdym z tych czterech społeczeństw jest to model małżeństwa narzucony ludziom przez archaiczną tradycję, nie zaś wynikający z ich potrzeb.

Oczywiście, jeżeli jakaś grupa ludzi chce praktykować poliandrię, to ja nie mam nic do tego. Chcę jedynie powiedzieć, że ja, moja żona i moi znajomi, nie akceptujemy poliandrii, mamy do tego prawo, i nie będziemy jej promować. Będziemy natomiast promować model małżeństwa, w którym mężczyzna ma więcej niż jedną żonę.

środa, 10 kwietnia 2013

Bóg ma więcej niż jedną żonę

Słowo Jahwe przyszło do mnie:
Synu człowieczy, były dwie kobiety, córki jednej matki:
i uprawiały rozpustę w Egipcie;
uprawiały rozpustę w czasie swojej młodości;
tam ściskano ich piersi, i tam macano łono ich dziewicze.
A ich imiona to: Ohola - starsza, i Oholiba - jej siostra.
I stały się moimi i urodziły mi synów i córki.

Księga Ezechiela 23:1 - 4
(tłumaczenie na podstawie American Standard Version - Paweł Szulik)

Bóg przemawia do proroka Ezechiela. Tak na marginesie powiem, że Ezechiel to największy mistyk pośród wszystkich proroków. To on zobaczył i niezwykle symbolicznie i tajemniczo opisał Chwałę Bożą. To jemu została ukazania wizja Świątyni. Ale do rzeczy...

Bóg tłumaczy Ezechielowi swój smutek i gniew z powodu tego, że Izrael nie był Mu wierny, a na domiar złego wierzył i służył innym bogom. Jahwe ujmuje to w sposób metaforyczny - kobieta uprawiająca seks z mężczyzną. Oto mamy Oholę i Oholibę - dwie kobiety, które symbolizują dwa królestwa: Judę i Izrael (jedno państwo po śmierci króla Salomona podzieliło się na dwa królestwa). Te kobiety uprawiały rozpustę w Egipcie to znaczy oddawały się w służbę egipskim bogom. Bogowie ci, metaforycznie mówiąc, ściskali ich piersi i macali ich dziewicze łono.

Widzimy tutaj, że Biblia nie jest pruderyjna. Mówi o seksie w sposób bezpośredni, niekiedy nawet wulgarny. A jest to tylko jeden mały fragment, jeśli chodzi o to.

Wracając do tematu... Widzimy Jahwe, który bierze sobie Oholę i Oholibę za żony. Skąd to wiadomo? Ano stąd, że ona "stały się jego" (w domyśle: żonami) i "urodziły Mu synów i córki".

I ciekawe jest to, że Bóg używa poligamii w swoim symbolizmie! Nie musiał przecież. Jest mądry, doskonale mądry i mógł wymyślić i przekazać inną metaforę. A jednak wmieszał poligamię w swoją przenośnię. I pozostawił to bez jakiegokolwiek komentarza w stylu: "Ale tak naprawdę to ta poligamia jest niedobra. Tak tylko sobie powiedziałem". Nic z tych rzeczy. Bóg sam przedstawia się jako poligamiczny mąż! Chcesz tego czy nie, chrześcijaninie, ale to jest w Twojej Biblii...

niedziela, 17 lutego 2013

Historia pewnej trójki - rozważania o poligamii


Załóżmy następującą sytuację...

Jest sobie małżeństwo. Porządny, odpowiedzialny, mądry i przystojny facet (tak, tacy istnieją wbrew głupiej, obiegowej opinii, a to że takiego nie poznałaś to już wyłącznie Twój problem) kochający wyjątkową, uroczą, słowem: cudowną, kobietę. Tworzą ze sobą stały, szczęśliwy związek. To trwa od lat. Są ze sobą na dobre i na złe. Jedno bez drugiego nie wyobraża sobie życia.

Nagle na horyzoncie pojawia się kobieta. Powiedzmy, że jest to koleżanka żony. Żona poznała ją u kosmetyczki, a że miło im się rozmawiało, to umówiły się na kawę, potem na drugą kawę, a potem koleżanka przyszła do domu naszego małżeństwa. Początkowo spotykają się tylko co pewien czas: mąż, żona i jej koleżanka. Wraz z upływem czasu okazuje się, że ta kobieta stała się przyjaciółką żony. Zrodziła się między nimi naprawdę wyjątkowa więź. Dlatego też ta kobieta gości w domu tego małżeństwa coraz częściej.

Siłą rzeczy mąż zaczyna poznawać tę kobietę coraz bardziej. Zaczyna rozumieć, dlaczego stała się przyjaciółką jego żony: jest wrażliwa, mądra, błyskotliwa, empatyczna i... piękna. To ostatnie jest mu najtrudniej przyznać. Może rozmawiać z żoną o tej koleżance i mówić o niej w superlatywach, byleby nie powiedział, że jest PIĘKNA. Dlaczego pośród nas tak jest? Mam na myśli nasze społeczeństwo. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Możesz powiedzieć swojej żonie/narzeczonej/dziewczynie (niepotrzebne skreślić), że jakaś tam kobieta jest mądra, zaradna, wrażliwa i prawdopodobnie Twoja kobieta nie będzie zazdrosna. Ale kiedy powiesz o innej kobiecie, że jest PIĘKNA, to z całą pewnością nastąpi reakcja negatywna. Mnie to dziwi, ponieważ kobiety rzekomo chcą być kochane i podziwiane przez nas przede wszystkim za ich wnętrze. Dlaczego więc nie są zazdrosne, kiedy podziwiamy wnętrze innych, a są zazdrosne, kiedy podziwiamy wygląd innych? Przecież rzekomo wygląd jest mniej ważny...

Tę wewnętrzną sprzeczność można wyjaśnić. (Wiem - wydaje Ci się, że odbiegamy od tematu, czyli historii naszej trójki, ale od razu musisz wiedzieć, że ta hipotetyczna historia jest jedynie tłem do naszych rozważań). Jak więc wyjaśnić ową sprzeczność? Zachodzi tutaj po prostu konflikt pomiędzy prawdziwą naturą człowieka a jego wyuczoną osobowością; walka pomiędzy tym, kim jesteśmy naprawdę, a tym, kim kazano nam być; zmaganie pomiędzy tym, co czujemy, a tym co zgodnie z normami powinniśmy czuć; wojna pomiędzy prawdą a fałszem.

Zawsze namawiam mężczyzn i kobiety do bycia szczerym z samym sobą. Nasza kultura jest jaskrawym przykładem tego, że można być obłudnym nawet wobec samego siebie. Kiedy zacząłem moją wędrówkę w głąb mojego serca i umysłu, odkryłem, jak bardzo często sam siebie oszukiwałem, tłumiłem swoje prawdziwe uczucia i opinie. Odkrywałem, że o jakiejś sprawie myślę zupełnie inaczej niż sądziłem. Jak to możliwe. Otóż, często wmawiamy sobie samym pewne rzeczy. "Kłamstwo powtarzane sto razy staje się prawdą" - jedyna prawda wypowiedziana przez wierutnego kłamcę Goebellsa. Jednak w sytuacjach stresowych lub w pewien sposób wyjątkowych, wychodzi z naszych ust to, co tak naprawdę myślimy. W takich właśnie chwilach dzieje się tak dlatego, że puszczają hamulce naszego wyszkolonego przez społeczne normy umysłu. Często na przykład mówimy ludziom prawdę podczas sprzeczki. Dlaczego? Bo nie mamy czasu na zastanawianie się nad każdym słowem, więc mówimy to, co tak naprawdę myślimy. Zdarza się, że potem znowu wikłamy się w kłamstwo mówiąc, że nie mieliśmy na myśli tego, co zostało powiedziane, ale spójrzmy prawdzie w oczy: w większości przypadków jest tak, że właśnie to mieliśmy na myśli!!

Uprzedzę Twoje pytanie: Tak, niektóre uczucia i opinie należy tłumić - te złe. Ale nie wszystkie uczucia i opinie, które nauczono nas tłumić są złe. Czasami nawet nie zastanawiamy się, dlaczego coś jest złe. Z góry zakładamy, że tak jest i już, jakże często nawet się nad tym nie zastanawiając nawet przez chwile. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego to-i-to jest złe? Dlaczego tak uważam? Odpowiedz sobie na to pytanie. Następnie zarówno pytania, jak i odpowiedzi na nie zapisz w notatniku. To pozwoli Ci "przyjrzeć się" Twoim myślom i uczuciom. Zobaczysz, jaka to świetna przygoda. Będziesz zaskoczony wynikami tego eksperymentu. Ja byłem - nawet bardzo... Robię tak ciągle i jestem naprawdę zdumiony tym, jak wiele jest rzeczy, o których mam wyrobione zdanie, pomimo że nigdy się nad daną sprawą nie zastanawiałem.

Wróćmy do naszej hipotetycznej znajomości. Koleżanka, z którą mąż i żona się spotykają, jest samotna. O, przepraszam, ma "chłopaka", który niezbyt poważnie ją traktuje. Koleżanka niewiele o nim mówi. Dlaczego? - pytam. Przecież kiedy jest się z kimś wyjątkowym, mówi się o nim ciągle, chwali się jego charakter, osobowość, wygląd. A ona milczy. Jedyne, co małżeństwo wie, to że ten chłopak istnieje i jak ma na imię, ewentualnie czym się zajmuje. Tyle. Nic więcej. Nie wspomnę już o tym, że kiedy dorosła kobieta mówi, że ma "chłopaka" lub "faceta" to niestety rodzi to we mnie negatywne skojarzenia. Kiedy mówi "chłopak" kojarzy mi się z chłoptasiem, którego wysyła po zakupy. A kiedy mówi "faceta"... może daruje sobie pisanie, z czym mi się to kojarzy.

I mąż z żoną zastanawiają się, niezależnie od siebie, dlaczego taka fajna dziewczyna utknęła  (bo chyba tak to trzeba ująć) w związku z kimś, kto nie jest nikim wyjątkowym. Po co zadaje się z "chłopakiem", który widuje się z nią tylko wtedy, kiedy wychodzą gdzieś z jego znajomymi? Jaki jest cel rozwijania "związku" z kimś, kogo tak naprawdę nie interesuje Twoje życie i widuje się z Tobą tylko wtedy, kiedy mu pasuje? Ona być może się boi, że jak z nim się nie uda, to trudno będzie zawrzeć nową znajomość. Być może wierzy, że on się zmieni. A może wydaje jej się, że każdy mężczyzna taki jest? A może (znam jeden taki przypadek, ale akurat chodzi o mężczyznę) zaczęła się spotykać z tym, aby zapełnić pustkę po stracie byłego? Ani jedno, ani drugie, ani trzecie nie jest prawdą, a czwarte jest pozbawione sensu.

Co do pierwszego - jeżeli jesteś z kimś, ponieważ boisz się, że nie uda Ci się znaleźć nikogo lepszego, to Twój związek jest bez sensu. Marnujesz czas. Każdy powinien być tylko z taką osobą, która go uzupełnia. Jeżeli tak nie jest, to będziesz się z nim męczyć całe życie. Może więc warto zaryzykować i poszukać nowej znajomości? To nieprawda, że nikogo lepszego nie znajdziesz.

Co do drugiego - jeżeli żyjesz co dnia nadzieją, że on może się zmieni, to znaczy, że on nie odpowiada Ci takim, jakim jest dziś. Po co więc jesteś z osobą, która Ci nie odpowiada? Jaki jest sens dopasowywać go do Twoich oczekiwań? Czy warto czekać, aż się zmieni? A jeśli nigdy się nie zmieni? Czy nie lepiej być z kimś, kto już dzisiaj przynajmniej z grubsza Ci odpowiada?

Co do trzeciego - jeżeli jesteś z facetem, którego niezbyt interesuje Twoje życie, nie dba o Ciebie, nie traktuje Cię poważnie, a Ty myślisz, że każdy facet taki jest, to świadczy o tym, że masz zaburzone postrzeganie świata. Nie, nie każdy facet taki jest. Prawdę mówiąc większość taka jest, ale istnieje spora ilość mężczyzn, którzy wiedzą, jak kobiety potrzebują być traktowane i potrafią się o nie troszczyć. Czemu
masz być akurat z reprezentantem bylejakiej większości?

Co do czwartego - jeżeli jesteś z chłopakiem tylko dlatego, że chcesz zapełnić pustkę po stracie byłego... Hmmm... Nie zapełnisz swojej pustki w ten sposób, a poza tym mężczyzna, z którym akurat się spotykasz, nie jest Twoim partnerem, a jedynie narzędziem do Twoich celów, co nie jest zdrowe.

W życiu trójki osób, o których mówimy, wraz z upływem czasu, wiele się zmieniło. Ich wspólna koleżanka zaczęła się interesować mężem swojej przyjaciółki. Kiedy tak często się spotykają, ona zaczyna zauważać jego dobre cechy. Jest nim oczarowana. Mijają dni i tygodnie i w końcu przyznaje, że jest w nim zakochana. Nie że go kocha, ale że jest zakochana. Co teraz robić?

Ma chłopaka, a jest zakochana w mężu przyjaciółki... Kiedy widzi się z nimi (to znaczy z małżeństwem, o którym mowa w tej historii), ma okazje przebywać z mężczyzną odpowiedzialnym, opiekuńczym, potrafiącym podejmować trudne decyzje, odważnym, mądrym, przedsiębiorczym, itd. Kiedy widzi się ze swoim chłopakiem... cóż... nie może go określić tymi wszystkimi przymiotnikami. W porównaniu z mężem przyjaciółki jej chłopak wypada raczej blado. Takie są fakty. Trudno jej jest się zmierzyć z rzeczywistością.

Co robi? Kobiety instynktownie bronią "swoich" mężczyzn. Wmawiają sobie, że ich mężczyzna również jest w porządku i choć wiedzą, że tak nie jest, to jednak wygodnie jest im do tego przekonywać otoczenie i same siebie, oczywiście. Ale prawda stale dobija się zamknięta w zakamarkach świadomości, aż wreszcie ją taka kobieta wypuszcza na wolność.

Kobieta siedzi w zaciszu swojego domu. Skuliła się na łóżku. Lampka świeci w rogu pokoju. Myśli. Dużo myśli. Pozwala prawdzie przeniknąć swoją duszę. Nie, on nie jest wspaniały. Nie jest opiekuńczy. Nie będzie dobrym ojcem. Nie będzie o mnie dbał. Nie podoba mi się fizycznie.

Co teraz? Teraz są dwa wyjścia. Pierwsze: Ja też wspaniała nie jestem i nie zasługuję na lepszego. Nie każda ma mężczyznę swoich marzeń. Takiego wyboru najczęściej dokonują kobiety. To jest świadomy wybór, dlatego nie należy się nad nimi użalać za dwadzieścia lat, kiedy ich życie będzie horrorem bycia z kimś, kogo się nie kocha; bycia wyzutym z marzeń, które pogrzebał dokonany przed laty wybór pozostania z człowiekiem, który był byle kim.

Druga możliwość: Nie muszę z nim być do końca życia. Gdzieś tam jest ktoś taki, kto bardziej do mnie pasuje. Ale czy muszę szukać "gdzieś tam"? Przecież "tu i teraz" jest mąż mojej przyjaciółki...

ciąg dalszy nastąpi

czwartek, 14 lutego 2013

Rosnąca popularność tej strony

Ten wpis jest odpowiedzią na obserwowany przeze mnie stale rosnący wzrost popularności tej strony. Po prawej, lekko u góry widać "Licznik odwiedzin". Mamy wykres i liczbę osób, które do tej pory odwiedziły stronę. Zaznaczam, że wejścia z mojego komputera nie są naliczane, więc wartość ta przedstawia rzeczywiste odwiedziny. Google umożliwia mi także śledzenie tego, skąd i z jakich systemów operacyjnych i przeglądarek korzystają moi goście. I tu jest, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, bardzo różnorodnie. Mam też opcję przejrzenia, co ktoś wpisał w wyszukiwarkę, by dotrzeć w końcu na tego bloga. I tutaj również jest różnorodnie. Dziękuję wszystkim gościom :)

Dodatkowo skontaktował się ze mną przez GG (do czego zachęcam każdego - mój numer GG z prośbą o kontakt znajduje się u góry strony, zaraz poniżej tytułu) człowiek, który powiedział, że nie może się doczekać kolejnych wpisów na tym blogu.

To wszystko razem powoduje, że czuję się pobudzony do pisania dalej. W przygotowaniu jest już kolejny wpis. Niedługo ukaże się na łamach serwisu. Poświęcony jest on rozważaniu hipotetycznej relacji pomiędzy żoną, mężem, a ich koleżanką. Pozdrawiam.

niedziela, 20 stycznia 2013

Historia Lamecha i jej związek z debatą o poligamii

W debacie na temat tego, czy poligamia jest dopuszczalna w Biblii, czy też nie, często przywołuje się historię człowieka o imieniu Lamech. Wzmianka o nich została zanotowana w Księdze Rodzaju (Pierwszej Księdze Mojżeszowej) w rozdziale 4. Przeczytajmy:

I Kain współżył ze swoją żoną, a ona poczęła i urodziła Enocha. Zbudował on miasto i nadał temu miastu nazwę od imienia swojego syna - Enoch.
A Enochowi urodził się Gaidad. Gaidad spłodził Maleleela. Maleleel spłodził Matusalę. Matusala spłodził Lamecha.
Lamech wziął sobie dwie żony: jedna miała na imię Ada, druga miała na imię Sella.
Ada urodziła Jobela. Był on ojcem tych, którzy mieszkają w namiotach i pasą trzodę.
Jego brat miał na imię Jubal. To on wymyślił cytrę i harfę.
Sella urodziła również Tobela. Był on kowalem, pracował zarówno z brązem jak i z żelazem. Siostrą Tobela była Noema.
Lamech przemówił do swych żon - Ady i Selli: Słuchajcie mego głosu, o żony Lamecha, zważcie na moje słowa, ponieważ zabiłem człowieka ku mojemu rozgoryczeniu, zabiłem młodzieńca ku mojemu zmartwieniu.
Ponieważ Kain miał być pomszczony po siedmiokroć, Lamech będzie pomszczony siedemdziesiąt razy po siedmiokroć.

Księga Rodzaju, rozdział 4, wersety 17-24
(tłumaczenie na podstawie English translation of the Septuagint by Sir Lancelot Charles Lee Brenton
- Paweł Szulik)

Podkreślone zostały informacje interesujące nas z punktu widzenia dyskusji, którą chcemy przeprowadzić. Resztę tekstu zdecydowałem się umieścić dla ukazania tła dla naszej historii.

Lamech, syn Matusali, praprawnuk Kaina (tego, który zabił Abla) miał dwie żony. Lamech zabił człowieka lub dwóch ludzi. Ciężko powiedzieć, ponieważ sformułowanie "zabiłem człowieka ku mojemu rozgoryczeniu, zabiłem młodzieńca ku mojemu zmartwieniu" nie koniecznie mówi o dwóch osobach - może to być klasyczne hebrajskie powtórzenie, figura stylistyczna niespotykana w europejskiej literaturze.

I teraz wkraczamy z klasyczną chrześcijańską interpretacją. "Lamech był mordercą" - mówią - "i miał dwie żony. Poligamia jest więc zła. Poligamię uprawiają źli ludzie". Argument ten czytałem na wielu stronach poświęconych krytyce poligamii z rzekomo biblijnego punktu widzenia. Słyszałem również ten argument z ust dyskutujących ze mną o poligamii osób. Mój czytelnik, który patrzy na te słowa, może być albo zwolennikiem albo stanowczym przeciwnikiem takiej interpretacji. Ja jestem przeciwnikiem, ponieważ jest to argument absurdalny. Znam wielu monogamistów, żyjących tylko z jedną żoną przez całe życie, którzy są nikczemnymi ludźmi. Znam monogamistów bijących swoje żony. Czy mogę więc powiedzieć, że monogamia jest zła, bo uprawiają ją źli ludzie? Czy nie byłby to absurd?! Nadmienię, że poligamię uprawiało bardzo wielu dobrych ludzi. Za pierwszy przykład niech służy nam Dawid, którego Bóg określił mianem "mężczyzny według serca Bożego". Poligamistą był też Abraham - ojciec wiary trzech wielkich religii. Dwie żony miał Jozjasz - potomek Dawida w linii prostej, sprawiedliwy i błogosławiony przez Boga król Izraela. A kto dał Jozjaszowi dwie żony? Dał mu je kapłan Jehojada, o którym Biblia wypowiada się w samych najlepszych słowach. Przykłady można by mnożyć. Monogamię uprawiają zarówno dobrzy jak i źli ludzie. Poligamię również uprawiają dobrzy i źli ludzie. Tak samo jest z celibatem. To ile ktoś posiada żon albo czy w ogóle je posiada, nie mówi zbyt wiele o charakterze tego człowieka.

A teraz zastanówmy się, czy oby na pewno Lamecha możemy określić jednoznacznie jako złego człowieka? Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś, co? Nauczyli Cię myśleć źle o Lamechu, więc posłusznie to robisz? Ja zastanawiam się i analizuję rzeczy z pozoru oczywiste. W ten sposób poznaję Prawdę.

Tekst Księgi Rodzaju 4:17-24 przetłumaczyłem na podstawie przekładu Sir Brentona greckiej Septuaginty (LXX). Septuaginta to tłumaczenie z tekstu hebrajskiego. Podam teraz przykład współczesnego tłumaczenia interesującego nas fragmentu z znanej i powszechnie stosowanej tzw. Biblii Warszawskiej:

"I rzekł Lamech do swych żon: Ado i Syllo, słuchajcie głosu mojego! Wy, żony Lamecha, nadstawcie ucha na słowo moje! Męża gotów jestem zabić, jeśli mnie zrani, a chłopca, jeśli mi zrobi siniec"

Sens jest zupełnie odwrotny, nieprawdaż? Z tego tekstu wynika, że Lamech jest człowiekiem mściwym, który gotów jest zabić człowieka, jeśli ten zrobi mu krzywdę. Kto więc ma rację? Współcześni tłumacze czy tłumacze starożytni?

Tak samo jak Sir Brenton oddaje ten tekst święty Hieronim w swojej Wulgacie -  przekładzie z języka hebrajskiego na łacinę. Współcześni tłumacze Webster Bible (przekładu angielskiego) również stoją po stronie Sir Brentona i świętego Hieronima.

Zgodnie z przekładem Sir Brentona, świętego Hieronima i tłumaczy Webster Bible, Lamech dokonał co prawda morderstwa, ale nie twierdzi, że stało się to nie z powodu krzywdy, której doznał, ale ku jego krzywdzie. Niewielka różnica, a jednak istotna.

Wygląda na to, że prawda jest po stronie Sir Brentona i jego "zwolenników". W kolejnym wersecie jest napisane:

"Ponieważ Kain miał być pomszczony po siedmiokroć, Lamech będzie pomszczony siedemdziesiąt razy po siedmiokroć"

Lamech przywołuje historię swojego prapradziada - Kaina. Kiedy Kain zabił Abla, Bóg skazał go na wygnanie i sprawił, że nikt nie mógł Kaina zabić. Bóg zapowiedział, że jeśli ktoś zabija Kaina, zostanie pomszczony siedmiokrotnie. Ta groźba miała odwieść potencjalnego zabójcę Kaina od zabijania go. Kain miał zostać wędrowcem i miały go trawić wyrzuty sumienia aż do śmierci. Taka była mu wyznaczona kara. Lamech mówi natomiast, że ma być pomszczony nie siedmiokroć, ale gorzej - siedemdziesiąt razy po siedmiokroć.

Widzimy więc Lamecha, który co prawda zabił człowieka, ale żałuje tego, odczuwa z tego powodu ból, cierpienie. Jest ogarnięty żalem. Przypomnijmy sobie teraz Mojżesza. Zanim został on powołany przez Boga na proroka, również zabił człowieka. Bóg potępił jego czyn. Mojżesz został za to zesłany na wygnanie na czterdzieści lat do ziemi Midianitów. Ale Mojżesz żałował tego i odkupił swoje winy. Czemu więc chrześcijanie potępiają Lamecha, a czczą Mojżesz, skoro obaj dopuścili się tego samego czynu? Czy nie jest to niesprawiedliwe?