Grupa Facebook'owa "Dwie plus jeden"

Wszystkich zwolenników poligamii zapraszam do członkostwa w grupie "Dwie plus jeden" na Facebooku, której jestem założycielem i administratorem.

https://www.facebook.com/groups/dwiaplusjeden/




niedziela, 24 maja 2015

Kredyt hipoteczny - najlepsze spoiwo współczesnego małżeństwa

Tytuł może, a właściwie to powinien, wyglądać szokująco. To nie jest z mojej strony zabieg, mający na celu przykucie Twojej uwagi, aby później napisać, jak bardzo nieprawdziwe jest to hasło. Przeciwnie, tak właśnie uważam. Z obserwacji wynika, że kredyt hipoteczny jest czymś, co powoduje, że wiele współczesnych małżeństw w ogóle jeszcze istnieje. Oczywiście chciałem również przykuć Twoją uwagę, aby podzielić się kilkoma spostrzeżeniami...

Jestem generalnie przeciwnikiem instytucjonalnego małżeństwa. Moim zdaniem, jeśli dwoje ludzi chce ze sobą dzielić życie, to nie potrzebują ani zgody ze strony państwa, ani błogosławieństwa księdza, pastora czy rabina. Po prostu. Niech zamieszkają razem. Jeśli chcą niech sproszą gości, ogłoszą się małżeństwem. Jeśli mają chęć, niech uroczyście coś tam sobie przysięgną. Potem niech żyją w zgodzie długo i szczęśliwie.

Dlaczego tak sprzeciwiam się zabieganiu o "papierek"? Po pierwsze, uważam że ani państwu ani kościołowi nic do tego. Przez kilka tysięcy lat ludzkiej cywilizacji jakoś nie było to uważane za konieczne, a jednak małżeństwa istniały i miały się dokładnie tak, jak dzisiaj, czyli jedne lepiej, a inne gorzej. Po drugie, jeśli nie ma "papierka", a ludzie z jakichś powodów dojdą do wniosku, że nie chce się im już dłużej być razem, to zabierają swoje "zabawki" i rozchodzą się w swoją stronę. Jest to oczywiście najczęściej bolesne doświadczenie, trauma, poczucie straty i porażki. Tak to w życiu już jest. Ale nie muszą chodzić do jakichś urzędników świeckich lub kościelnych i prosić się o pozwolenie na rozejście się. Dla mnie osobiście jest to żenujące, że dorośli ludzie muszą prosić o pozwolenie na rozwiązanie najbardziej intymnej sprawy, jaka tylko może być między ludźmi i potem albo w sądzie wywlekać wszystkie brudy i rozdrapywać rany przez obcymi ludźmi albo prosić o rozwód kościelny.

Rozwód kościelny - dla mnie jedna z najbardziej obłudnych praktyk kościoła (nie, nie jestem generalnie przeciwnikiem kościoła). Co to niby ma być? Mam znajomą, która po kilku latach małżeństwa się rozwiodła. Dostała od hierarchy kościoła dokument, który stwierdzał nieważność małżeństwa. Co takiego? Stwierdzenie nieważności małżeństwa? To znaczy, że co to było przez tyle lat? Konkubinat? Bez przesady. Instytucja "unieważnienia małżeństwa" istnieje chyba tylko po to, aby można było powiedzieć, że w Kościele Katolickim nie ma rozwodów. Ale de facto są to rozwody i chyba każdy rozsądny człowiek to widzi i nie trzeba mu tego tłumaczyć.

I kiedy głoszę takie poglądy jak powyżej, od razu jestem atakowany, zwłaszcza przez starszą część społeczeństwa. Pada argument, jakoby przysięga małżeńska była gwarantem nierozerwalności związku. Nic bardziej mylnego. Przecież widzimy, ile jest teraz rozwodów, a każda z tych par przysięgała sobie to i owo, nieprawdaż? Może kiedyś dane słowo miało jakieś znaczenie, ale dzisiaj z przykrością trzeba stwierdzić, że jest zupełnie inaczej. Poza tym, nie jestem pewien, czy to zdrowe dla wszystkich zaangażowanych stron, aby tkwić w toksycznym związku tylko dlatego, że dało się słowo. Najlepiej nie przyrzekać, a w zamian starać się pracować nad budowaniem i pielęgnowaniem związku, pamiętając że związek nie staje się wieczny i nierozerwalny, bo został zawarty w kościele lub Urzędzie Stanu Cywilnego pod przysięgą, a raczej dlatego że nad nim pilnie pracujemy w najprzyjemniejszym ze wszystkich trudów.

Znam różne pary: małżeństwa i tzw. związki nieformalne. Nie zauważyłem związku pomiędzy szczęściem danej pary a posiadaniem przez nią odpowiedniego dokumentu. Ale generalnie wolę związki nieformalne. Dlaczego? Bo często związek formalny to przerost formy nad treścią. Ludzie mieszkali ze sobą kilka lat przed ślubem, byli zadowoleni, szczęśliwi, zgodni. I fajnie. I nagle stają się w magiczny sposób mężem i żoną. Tak jakby wcześniej nimi nie byli. Dziwi mnie to zabobonne podejście do ślubu. I nagle świecą wszem i wobec swoimi obrączkami. Nie mówią już "mój Tomek", "moja Kasia", tylko "mój mąż", "moja żona". Przybierają poważniejsze miny. Nabierają poważniejszych zachowań. Zaczynają się traktować trochę inaczej, również poważniej. Chociaż obiektywnie patrząc de facto nie zmieniło się nic, poza tym, że zdobyli dokument.

Pomimo zmian obyczajowych, większego wydawałoby się oświecenia, ludzie ciągle kultywują stare, anachroniczne tradycje małżeńskie. Patrzą na to, co się dzieje dookoła i nie wyciągają wniosków. Żadnych właściwie.

To co po ślubie? Bierzemy kredyt na mieszkanie, bo trzeba być na swoim, co nie? Przy okazji przypominam, że mieszkanie, które kupiłeś na kredyt nie jest Twoje. Miej to na uwadze. Moje jest to, za co uregulowałem należności. W każdym razie, trzeba mieć mieszkanie. I szanowni państwo biorą kredyt, wprowadzają się do domu/mieszkania, meblują, upiększają, szał zakupów, itd. Mija kilka lat i okazuje się, że dociera do nich prawda: moje małżeństwo to tylko fikcja, już dawno go nie ma, nie kochamy się.

Szok. Niedowierzanie. Płacz. Kilka prób naprawy spełzło na niczym. I ta myśl uporczywa myśl - może by to wszystko skończyć, dać sobie spokój, rozstać się możliwie bez wielkich obrażeń. I zaczynasz wizualizować, jak to zrobić. Bam! Macie kredyt hipoteczny! A Ty tak się przyzwyczaiłeś/-łaś do tego mieszkania... do kupionych na kredyt wygód... Widzisz oczami wyobraźni, ile trzeba by zachodu, kłótni, rozpraw sądowych, administracyjnych zabiegów, żeby się jakoś podzielić zobowiązaniami wobec banku. Poza tym, jeśli jesteś Polakiem o średnich zarobkach, to wiesz, że ciężko będzie samemu finansowo podołać przeciwnościom życia. I co robisz? Zaciskasz zęby i tkwisz w więzieniu, które sam sobie zgotowałeś. Znam kilkoro ludzi, którzy tak właśnie skończyli.

I tak oto kredyt hipoteczny wygrywa w plebiscycie na najlepsze, bo nierozerwalne, spoiwo małżeństwa...